Jaipur dzień drugi.

23.11.204

Godzina którą obraliśmy aby wyruszyć rano była obiektem szeroko zakrojonej debaty. Z internetów wynikało że aby zdążyć na słonie, trzeba jak najwcześniej. Chętnych jest jakiś milion osób, a słoni osiemdziesiąt. Wszyscy chcieliśmy się przejechać  na słoniu, i wszyscy chcieliśmy się też wyspać. W końcu wyruszenie o 7.00 i docelowy start na słoniach o 7.30, wydał się optymalnym planem minimalizującym ryzyko, i dającym choć trochę pospać.

Tym razem nie czekaliśmy na Jogiego (Yoghiego?Joghiego?), naszego kierowcę, bo tym razem  spał w samochodzie pod hotelem. Tym razem czekaliśmy na dziewczyny. W końcu gdy skończyły pudrować noski podekscytowani ruszyliśmy. Zastanawialiśmy się czy będziemy pierwsi, czy gdzieś daleko na końcu kolejki i czy w ogóle uda nam się wjechać na słoniu. Lekko zestresowałem się ,gdyż mijaliśmy coś co było drogowskazem do ‘wioski słoni’, ale Jogi zdawał się wiedzieć gdzie jedzie, albo bardzo dobrze udawał. Podjechaliśmy na parking pod zabudowaniami znajdującymi się pod pierwszym celem podróży:  Amber Fortem. Nim się zorientowaliśmy szło przy nas dwóch panów, tłumacząc że jazda słoniem kosztuje 900 rupii dla dwóch osób. Prowadził nas na dziedziniec na którym w rządku ustawiały się już słonie wraz z jeźdźcami. Gdy szliśmy, z za zakrętu za nami, niczym zombie, wynurzyli się podstarzali Amerykanie, lub inni Angole. Byliśmy jednak pierwsi. Perfect timing. Chcieliśmy podejść do czegoś co przypominało biuro, ale pan zaprowadził nas po schodkach prosto na rampę z której się startuje.

Podest startowy

Podest startowy

Zczardżował pieniądze, wcisnął świstek z pokwitowaniem i poszedł dalej. Następnie pojawili się panowie którzy chcieli nam sprzedać turbany, abyśmy wjeżdżając na słoniach poczuli się jak prawdziwy maharadża, i przy okazji niemiłosiernie zapocili głowy. O ile tego natręta udało się jakoś pozbyć, to pan z tandetną koszulką z wyszywanym słonikiem, nie dość że wziął nas za Rosjan, to jeszcze nie chciał się odczepić. Wybawiło nas podjechanie pierwszego zwierzęcia.

Słoń :D

Słoń 😀

Kierowca siedział mu na szyi za głową, a nam przygotowano platformę, na której usiedliśmy jak damy jeżdżące niegdyś konno. Nie da się ukryć że jazda na słoniu jest ekscytująca. Choć mi brakowało dżungli i maczety. Słoń maszerujący po brukowanej jezdni, mijając przechodniów tracił trochę ze swojego majestatu. Mijając pieszych turystów, powinienem czuć się jak maharadża wjeżdżający z pompą do swojego fortu. Nie mogłem przestać się czuć jak turysta, wjeżdżający konnym powozem pod Morskie Oko. Próbowaliśmy ratować swoje sumienie, stwierdzając że maharadża przecież rzeczywiście kiedyś tak wjeżdżał. Owszem, ale nie robił tego kilkadziesiąt razy dziennie, choć może i był tak gruby jak Amerykanie/Anglicy za nami.

Po drodze trzech różnych panów , biegnąc wzdłuż trasy łapało naszą uwagę i robiło zdjęcia. Na koniec wykrzykujac nazwę swoją lub swojej firmy fotograficznej. Przeszkoda do pokonania w drodze powrotnej. Ale na razie wjeżdżaliśmy już na dziedziniec Fortu. Kierowca bezceremonialnie spytał czy się podobało, i nim usłyszał odpowiedź wyciągnął ręce po pieniądze mówiąc, że to na jedzenie dla słonia. Zanim zdążyłem pomyśleć nad tą perfidną i prostacką manipulacją, dostał w sumie 200 rupii. Zanim fort zdążył zrobić na nas wrażenie, zrobiły je małpy. Nie wiem co w nich jest. Ale gdy tylko pojawiając się na horyzoncie odwracają naszą uwagę od wszystkiego, tak jak moje GoPro odwraca uwagę hindusów od wszelkich zabytków. Może to przez to że są takie ludzkie. Rodzina małpek siedział na  balkonie większego budynku.Co pewien czas jedna z nich schodziła i po murze, przed naszymi oczami majestatycznie przebiegała na drugą stronę. Prawie jakby były do tego tresowane. Ale nic nie chciały.

To be, or not to be ...

To be, or not to be …

Kiedy opanowaliśmy już naszą małpofilię, a tak naprawdę ochrona kazała nam zejść z podestu, bo torowaliśmy przyjazd kolejnych osób, mogliśmy się rozejrzeć. Kamienna tablica z napisem o nie dawaniu tipów kierowcom słoni, ukazała się za późno. Na dziedzińcu powoli robiło się tłoczno, gdy docierały kolejne wycieczki. Ruszyliśmy dalej, aby wejść na schody prowadzące do środka. Po drodze znów zatrzymała nas rodzina małp, wyjadająca chyba karmę dla gołębi.

Omomomomom

Omomomomom

Kiedy jeden z niehomosapiens stanął na dwóch łapach i zaczął szczerzyć się złowrogo do Daniela, jeden z hindusów podszedł i bezceremonialnie wcisnął mu (małpie nie Danielowi) w łapkę coś do jedzenia. Małpa zapomniała o bożym świecie, Danielu, i oddał się Konsumpcji. Zupełnie jak ja. Za chwilę ochrona obiektu przybiegła z kijem i przegoniła małpy pozwalając nam ruszyć dalej. Tuż pod samymi schodami podszedł niewysoki starszy pan, o chudej zapadniętej twarzy, z białym zarostem i białymi włosami oraz przenikliwie czarnymi oczami, w których miał jakby tylko ogromne czarne źrenice. Spytał płynnie po angielsku, czy nie potrzebujemy przewodnika. Za dużo widziałem horrorów żeby dać się na to nabrać. Po grzecznej odmowie, pan nalegał tłumacząc że zdecydowanie lepiej zwiedzać to miejsce z przewodnikiem, ale my pomni ostrzeżeń na plakacie policyjnym o nie ufaniu obcym, zostawiliśmy go za sobą. Stał wciąż u stóp schodów, wpatrując się we mnie swoimi świdrującymi oczami, aż zniknęliśmy z pola widzenia.

Amber Fort

Amber Fort

Fort okazał się gigantyczny. Piękne sale gdzie mieszkał władca. Sale dla kobiet. Łaźnie. Sale audiencyjne. Sale jadalne były zaprezentowane, przez przerażające i kiczowate figurki w trakcie biesiadowania.

Klasyk

Klasyk

Plastikowe podróbki jedzenia, jak i wszystko przykryte było solidną warstwą kurzu. Maharadża nie byłby zachwycony. Im dalej zagłębialiśmy się w Amber Fort, tym więcej odnóg się przed nami otwierało. Fort był ogromy, i jak zazwyczaj, nijak oznakowany.

Ul

Ul

Zwiedzaliśmy chaotycznie,  tracąc orientację gdzie jesteśmy. Powoli zbliżała się wizja śmierci głodowej, w jakimś zakamarku gdzie nikt nas nie odnajdzie, albo rozszarpią nas zdziczałe małpy. Może trzeba było wziąć diabelskiego przewodnika. W końcu, zrezygnowani, spytaliśmy o drogę pana ochroniarza/strażnika, który ochoczo oprowadził nas gdzie trzeba, i zgarnął tipa. Uraczyliśmy  się samosami i lurowatą kawą z lokalnej kawiarenki, w której sprawne przyjęcie i wydanie zamówienia, było zdecydowanie ponad kompetencjami obsługi. Zostawiliśmy za sobą Amber Fort i ruszyliśmy w górę muru prowadzącego do dwóch kolejnych fortów.

Długa droga przed nami

Długa droga przed nami

W między czasie dzwonił Jogi. Próbowaliśmy mu powiedzieć gdzie jesteśmy, ale chyba nic z tego nie zrozumiał. Pewnie nie przyszło mu do głowy że będziemy wchodzili dalej pieszo, skoro może nas podwieźć samochodem, i jest zdziwiony czemu tak długo nas już nie ma. Doszliśmy do rozwidlenia dróg które w naszej świadomości prowadziły do dwóch różnych fortów. Wybraliśmy prawą odnogę, która miała zakręcać w lewo do drugiego fortu. Nie zakręcała, a fort okazał się tylko jeden. Nie ten z naszego zbiorczego biletu. Opłaciliśmy za wejście, dodatkowe 50 rupii za kamerę/aparat.  Jaigarh Fort, fort wojskowy, nie był już tak piękny i majestatyczny jak Amber, natomiast roznosił się z niego piękny krajobraz.  Z jednej i drugiej strony na jeziorka, z których niegdyś czerpano wodę i ręcznie wnoszoną ją do fortu. Wreszczcie na całą dolinę, którą okalał mur wychodzący z Jaigarh fortu. Majestatyczny widok żywcem wyjęty ze świata fantasy.

Dolina

Dolina

Podczepił się do nas miły pan wojskowy, oprowadzając po okolicy, opowiadając historie o zasilaniu wodą, o tym jak rodzina królewska w razie niebezpieczeństwa  miała uciec tunelem którym szliśmy, i szlachetnie nie żądając napiwku, ale przyjmując go bardzo wdzięcznie. Pomiędzy jedną a drugą częścią fortu, znajdował się mały dziedziniec ze sklepikami na wózkach. Spytaliśmy o piwo, pan powiedział że nie ma, ale dostaniemy w restauracji kawałek dalej.
Uradowani ruszyliśmy z większą werwą. Gdy zbliżyliśmy się do przybytku nazywanego szumnie restauracją, a pan kelner chciał nas po królewsku usadzić, powiedzieliśmy że chcemy tylko piwo.
Długo trawił tą informację, w końcu zaprowadził nas do środka, na półpiętro, gdzie nie mogliśmy gorszyć innych widokiem spożywanego alkoholu.

Restoran

Restoran

Zimny złocisty napój, w ten upalny dzień (w okolicach 30 stopni) był ambrozją. Irytowała tylko jakaś dwukrotna przebitka w stosunku do Maksymalnej Ceny Detalicznej wybitej na puszce . Ruszyliśmy więc dalej zobaczyć resztę. Oprócz ładnego widoku, ciekawostką była największa w historii, armata na kołach na świecie. Na świecie ! Hindus potrafi .

Największa armata na kołach ever.

Największa armata na kołach ever.

Wydzwaniani co pewien czas przez zestresowanego Jogiego, w końcu umówiliśmy się na dole, pod wejściem do Amber fortu. Udało nam się zejść boczną drogą, omijając sprzedawców fotografii ! Teraz na spokojnie, powinniśmy zrobić zakupy, których nie udało się poczynić wczoraj w Johari bazar. Tylko że w sumie to już nam się nie chciało. Dziewczyny zmuszone kobiecymi genami, kupiły od niechcenia parę szmatek, i po nie długiej przechadzce postanowiliśmy rozpocząć podróż powrotną do Noidy. Zanim doszliśmy do samochodu, uwagę naszą przykuł conajmniej dziwnie przyżądzany napój. Pan brał trzcinę cukrową i co rusz wkładał ją do prasy która coraz bardziej mieliła i zgniatała pędy. Do tego wyciskany był jeszcze sok z limonki.

Soczek z ...

Soczek z …

Pomni wszelkich ostrzeżeń o higienie, i widząc jak pan gołymi rękoma przekłada, prawdopodobnie nigdy nie umyte surowce wiedzieliśmy że to może być śmiertelny napój. Więc gdy tylko zobaczyliśmy białego turystę który wypił kubeczek, zaczęliśmy obstawiać jak bardzo

Chcę takie w domu !

Chcę takie w domu !

koszmarne będą jego nadchodzące problemy gastryczne. Pan kupił i wypił drugi kubeczek, oblizał się ze smakiem i poszedł sobie dalej. Nie minęła minuta kiedy każdy z nas kupił, lub przynajmniej spróbował tego  napoju. Słodki, kwaśny, orzeźwiający i pyszny. Byłby rewelacyjny schłodzony, ale za kostki lodu z tutejszej wody podziękowaliśmy. Jesteśmy odważni, ale bez przesady.
Droga powrotna nadal przyprawiała o emocje i palpitacje serca, choć już odrobinę mniejsze. Wszystko szło zgodnie z planem, do momentu gdy jadąc już w nocy zostaliśmy wyprzedzeni przez własny kołpak. Lewe przednie koło sflaczało natychmiastowo  i musieliśmy dość gwałtownie zjechać na pobocze. Żywi. Ciemno, pusto. Oczyma wyobraźni widziałem już powoli wynurzających się z ciemności Hindusów, dla których możemy być pierwszym białym człowiekiem jakiego zobaczą, i pierwszym sytym posiłkiem od dawna. Nikt nawet nie zauważy. Optymizmem nie napawał fakt, że Jogi powiedział iż jeszcze nigdy mu się to nie zdarzyło. Co imputowało że nie będzie wiedział co robić z zaistniałą sytuacją. Na szczęście w okolicy nie było jednak głodnych koczowników, a Jogi  z wymianą koła uporał się prawie jak w F1. Co imputowało że pierwotnie kłamał. Pytanie czy koło ‘dojedź szybko do wulkanizacji’ wytrzyma dalsze 100 km do Noidy. Przezorny Jogi, ku szczeremu zaskoczeniu, zajechał jednak do przybytku który można by nawet tak określić. Ale nie wiem czy zrobił cokolwiek z samochodem. Ot wręczył panu tam pracującemu niewielki pakuneczek, a  pan wręczył Jogiemu pieniądze. Korzystając z jasnego oświetlenia naszych lamp, wulkanizator wysypał zawartość torebki na rękę i zaczął kruszyć.

Ciekawe co pan robi ...

Ciekawe co pan robi …

Już bez niespodzianek dotarliśmy wyczerpani do hotelu, a ja doszedłem do wniosku że Jogi nie musiał robić aż takiej mistyfikacji z oponą, żeby zajechać sprzedać towar.

Za tydzień ruszamy do Agry zobaczyć Tę Rzecz Którą Będąc w Indiach Zobaczyć Należy, Taj Mahal !

Do Jaipuru ! Chokhi Dhani !

22.11.2014

Sobota – do Jaipuru !

Gdy nagle obudziłem się w środku nocy, miałem jedno pragnienie: błagam jeszcze choć godzinka. Szybkie zerknięcie na zegarek:  5.15, za 5 minut zadzwoni budzik. Trzy godziny snu, to będzie długi i ciężki dzień. O 6.30 podjechał umówiony na 6.00 kierowca wraz z samochodem. Auto takich samych gabarytów jak to który jeździmy do biura, czyli nasza szóstka się wciśnie, ale lepiej bez bagaży. Gdy rozlokowaliśmy się, walcząc o jak najlepsze miejscówki, szybko przestałem myśleć czego półprzytomny zapomniałem podczas pakowania, i próbowałem odzyskać trochę energii zapadając w drzemkę. Gdy reszta ekipy zwiedzała stację benzynową składającą się z dystrybutorów i stolika robiącego za kasę,  fotografowała  wnętrza ciężarówki, ja byłem świadkiem jak Mahatma Ghandi  mieszkający w hotelu, dogaduje się z Brazylią aby zacieśnić współpracę miedzy ich krajami. Podobno lek przeciw malarii może powodować dziwne sny. Jakby kiedykolwiek sny były normalne.

Ciężarówka, w tle biuro

Stylowa ciężarówka, w tle biuro

W okolicach 9.00, kiedy  powoli wracała mi świadomość, mogłem zacząć obserwować drogę. Z Noidy, gdzie mieszkamy, do Jaipuru jest niecałe 300 km, a plan podróży zakłada jakieś  6 godzin, mimo jazdy przez większość trasy autostradą  National Highway 8. Teraz mogliśmy zrozumieć dlaczego.  Autostrada w rozumieniu hinduskim, jest jak w wszystko inne w rozumieniu hinduskim, czyli inne. Linie oddzielające pasy, były sporadyczne, i tak i tak nie przestrzegane. Głównymi pojazdami poruszającymi się, były zdezelowane, pomalowane w kolorowe acz wyblakłe wzorki, obwieszone frędzelkami, wszechobecne ciężarówki TATA Motors.

National Highway 8

National Highway 8

 Jazda nadal przypominała wolną amerykankę. Znów ciągłe trąbienie, mruganie światłami gdy ciemno, wyprzedzanie z lewej, z prawej, częściowo poboczem. Pojazdy jadące poboczem pod prąd, i przechodzący w dowolnym miejscu ludzie.  Przy czym mówiąc pobocze, mam na myśli hinduski rodzaj pobocza, czyli koniec asfaltu i piach.

Kiedy oswoiliśmy się z jazdą samą w sobie ( o ile można się z nią w ogóle oswoić), mogliśmy zacząć obserwować mijane krajobrazy. Droga zdawała się, jak kiedyś rzeki, przyciągać ludność która się z niej wyżywi.  Warsztaty samochodowe, restauracje, pojedyncze stanowiska z jedzeniem, sklepy i sklepiki ciągną się przez większość czasu.

Restauracja

Restauracja

Z rzadka przydrożny teren jest zupełnie nie zabudowany i widać poletko uprawne przy chatach ze słomy i błota. Gdy  zbliżaliśmy się do miejscowości, gęstośc przydrożnej zabudowy rosła drastycznie. Cała architektura przypomina taką jaką można by sobie wyobrazić w świecie post-apokaliptycznym. Bez ładu i składu, bez żadnego planu, często budowane z dostępnych aktualnie materiałów, które później nie wytrzymują pod naporem czasu. Wszystko jest prowizoryczne, jak cegły – to z zaprawy która sprawia że za chwile odpada ściana, poza tym dykty, płachty, i co komu wpadnie w rękę. Jeżeli chcielibyście zobaczyć jak wyglądał by świat Mad Maxa – to jest to miejsce. Troszkę przerażające, zwłaszcza jak zauważysz gdzieniegdzie rozwalone  przy drodze samochody, których miejscowi nie zdążyli jeszcze zutylizować.

TATA Motors

TATA Motors

Powietrze było w końcu relatywnie czystsze. Góry które zaczęły pojawiać się na horyzoncie, nadały trochę uroku otaczającemu krajobrazowi. Z czasem zaczęliśmy zauważać wielbłądy wykorzystywane do ciągnięcia wózków, a już tuż przed samym Jaipurem w oczy rzuciło się stado małp, obok którego radośnie przebiegała gromadka dzikich świń.  Gdy minęliśmy powolnie maszerujące słonie z ładunkiem na grzbiecie, wiedzieliśmy że jesteśmy na miejscu.

Teraz trzeba by zacząć zwiedzać. O ile mieliśmy listę obiektów przekazaną nam przez biurowych znajomych, o tyle nasz kierowca przewodnikiem wycieczek nie był. Jeżeli dołożyć do tego zdolności komunikacyjne angielskiego na poziomie wypowiedzenia pięciu słów, i rozumieniu słów dziesięciu to może być interesująco.

Fishi

Fishi

Na szczęście pierwszy obiekt, znajdował się tuż przy wjeździe do miasta. Zaparkowaliśmy na początku deptaka wzdłuż jeziora, z którego można obserwować Jal Mahal – pałac na wodzie. Choć właściwie najpierw podeszliśmy do brzegu, gdyż odbywał się tam niecodzienny spektakl. Grupka Hindusów wrzucała jakiś rodzaj karmy, który wyglądał jak mąka, do kotłującej się od ryb wody. Ilość ryb i ich zawziętość w zdobywaniu pokarmu, była niesamowita, a gdy dołożymy do tego że niektórzy hindusi stawali nad brzegiem i się modlili, widok był co najmniej specyficzny. Trochę czasu minęło nim w końcu zaczęliśmy spoglądać w stronę pałacu, i przestaliśmy próbować zrozumieć o co chodzi. Budowla  w sumie ładna, jak już przeszedłeś slalomem między sprzedawcami turystycznych pierdół, i stanąłeś w dobrym punkcie widokowym. Pewnie gdybyśmy mogli podpłynąć bliżej zrobiłby lepsze wrażenie. Albo gorsze. Szybkie fotki, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy dalej, do kolejnego obiektu – Hawa Mahal.

Jal Mahal

Jal Mahal

Wjechaliśmy głębiej w miasto, które nie było aż tak brudne,aż tak zanieczyszczone, zakurzone i zaśmiecone jak Nodia czy Delhi, ale nadal zdecydowanie było.

20141123_150514

Johari Bazar

Wjechaliśmy w ulicę po której obu stronach znajdowały się rzędy budynków w tym samym różowawo-pomarańczowym kolorze, a w nich głównie sklepy z biżuterią, ciuchami i innymi zbędnymi pierdołami. Dopiero na drugi dzień zorientowaliśmy się iż to również cel naszej wycieczki – Johari Bazar oraz cała dzielnica Pink City zawdzięczająca nazwę być może kiedyś ładnie różowemu zabudowaniu.

Hawa Mahal

Hawa Mahal

Tam, wciśnięta między pozostałe budynki stała fasada Hawa Mahal, Pałacu Wiatrów. Zbudowana w 1799 roku, aby panie szlachetnie urodzone, nie obcujące z plebsem, mogły przez 953 okienka, obserwować jak plebs obcuje. Turystyka nie jest jeszcze na najwyższym poziomie tak jak i oznaczenia turystyczne, dlatego stojąc przed obiektem, zanim znaleźliśmy wejście, musieliśmy  pokręcić się dookoła, pokonać barierę ze sprzedawcy srebra, sprzedawcy ciuchów, i ze 2 przewodników którzy wzięli nas za Rosjan i koniecznie chcieli oprowadzać. Za 50 rupii kupiliśmy bilet tylko do tego przybytku, zamiast za 400 łączony i weszliśmy do środka.

DCIM102GOPRO

Podglądanie ulicznych festynów musiało być rzeczywiście całkiem zabawne, ale zrobienie do tego całej budowli wydaje się lekką przesadą, zakładam że ważniejszy był efekt chłodzenia wlatującym przez okienka wiatrem. Wróciliśmy do samochodu i zakrzyknęliśmy : City Palace! Pod City Palace zobaczyliśmy cenę w okolicach 2400 rupii i zakrzyknęliśmy : Zdzierstwo! I tak bez głębszej analizy zrezygnowaliśmy pewnie z jednego z ładniejszych obiektów. Nie tracąc czasu poszliśmy do kolejnego obiektu, który nie mieliśmy pojęcia czym jest właściwie : Jantar Mantar. Znowu błądziliśmy 20 minut, zanim udało się dotrzeć do wejścia. Bilet tym razem 200 rupii, łączony nadal 400. Poszliśmy w oszczędności i kupiliśmy drugi. Na pierwszy rzut oka, dla niewtajemniczonych, Jantar Mantar okazał się być snem niedorozwiniętego architekta. Po inspekcji inskrypcji przy obiektach, okazał się że to jednak dowody na wysoko rozwiniętą wiedzę astronomiczną Hindusów.

Jantar Mantar

Jantar Mantar

Obiekty do badania ruchu planet, księżyca, generalnie różnych ciał niebieskich, faz słońca w różnych miastach i jeden gigantyczny zegar  słoneczny. Zegar potrafiący wskazać czas z dokładnością co do dwóch sekund ! Nie wiem tylko po co, skoro dokładność do dwóch godzin w Indiach wystarczy. Obeszliśmy przyrządy astronomiczne wzdłuż i wszerz, poleżeliśmy na trawce, pokarmiliśmy wiewiórki i sami  zgłodnieliśmy. Zahaczyliśmy jeszcze o Central Museum Jaipur. Muzeum było bardzo ładnym budynkiem z zewnątrz, choć bardzo przez gołębie naznaczonym. W środku natomiast, było jak wszystkie muzea na całym świecie, więc o zgrozo, to ja musiałem przekonywać lud abyśmy weszli zobaczyć co jest na piętrze. Nie udało mi się, ale na szczęście innej drogi do wyjścia nie było.

Central Museum Jaipur

Central Museum Jaipur

Wyszliśmy i nie nauczeni doświadczeniem poprosiliśmy naszego kierowcę o zawiezienie pod niedrogą knajpę. Zawiózł nas do przybytku o cenach zbliżonych do knajpy dla turystów z New Delhi. Tylko że ta wyglądała zdecydowanie gorzej. O dziwo jedzenie smakowało lepiej, choć wielkość porcji rozczarowała, a już wielkość naana zakrawała na kpinkę i parsknięcie. Następnie w planie był wymieniony wcześniej Johari Bazar, po którym spacerowaliśmy zupełnie tego nie świadomi, natomiast na przeszkodzie stanęła bariera komunikacyjna. Kierowca próbował nam coś przekazać, związanego z czasem, z naszymi planami i ostatnim punktem wycieczki na dziś. Po kilku minutach gestykulacji, próbach komunikacji nie werbalnej, zrozumieliśmy chyba że na bazar  już za późno, teraz powinniśmy zameldować się w hotelu i ruszyć do wieczornej kulminacji w  Chokhi Dhani ! Droga do hotelu nie wymagała by dodatkowej wzmianki, gdyby nie fakt, że tym razem bardzo wyszło, że kierowca nie zna miasta. Jaipur nie okazał się Kazimierzem Dolnym, jak sobie wyobrażałem, w słodkiej geograficznej ignorancji. Kręciliśmy się w kółko, co chwila pytając panów tuktuków, przechodniów, kierowców,  o drogę. Każdy żywo gestykulował, potakiwał i wskazywał inny kierunek. To samo rondo objechaliśmy ze trzy razy z każdej strony. Po kilkudziesięciu minutach, zmęczeni dotarliśmy do hotelu, o którym nikt z pytanych po drodze nigdy nie słyszał. Szybka rejestracja i ruszamy dalej. Wróć. Przymiotnikiem szybko, w Indiach szafować nie wolno. Każdy musiał dać paszport do skserowania (Krzysztof nie wziął paszportu, więc od spania na dworze uratowało go posiadanie zdjęcia owego na telefonie), napisać swój adres z Polski(nijak nie do potwierdzenia tutaj), i jeszcze podpisać się w księdze gości jak już pan pieczołowicie wszystko wypełni. Cała operacja trwała kolejne kilkadziesiąt minut, które skutecznie wyczerpywały moją cierpliwość. W końcu po wszystkich perypetiach, ruszyliśmy kilkanaście kilometrów za miasto do legendarnego Chokhi Dhani które wynagrodzi trudy dnia dzisiejszego. Kiedy tam zmierzaliśmy, to w dużej mierze, we wszystkich miejscach w Jaipurze, nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać. Ja na pewno, nie mogłem się doczekać. Gdy wspominali o tym miejscu biurowi koledzy, oczy świeciły im się jak mi na wspomnienia pierwszych prezentów pod choinką. Z ożywieniem i synchronicznie jak surykatki kiwali na boki głowami, i wszyscy zgodnie powtarzali że musimy tam pojechać. Miało to być super tradycyjne radżastańskie miejsce, z genialnym jedzeniem, i wieloma innymi atrakcjami. W sumie nie potrafili do końca wyjaśnić co to, a i my w internetach komórkowych niespecjalnie byliśmy w stanie doczytać.

Wysiedliśmy z samochodu daleko od wejścia, gdyż zaczęły się korki przy ogromnym parkingu. Wszyscy zmierzali tam gdzie my. Na wejściu kupiliśmy bilet na jedzenie kuchni lokalnej za 500 rupii, zamiast za 800 na kuchnię, jak zrozumieliśmy, multikulti. Przekroczyliśmy bramy i znaleźliśmy się w  środku.

Otwarta przestrzeń pod gołym niebem, klimatycznie oświetlona setkami lampek, na pierwszy rzut oka robi bardzo przyjemne wrażenie. W prawo chyba jedzenie, a w lewo ‘Artist Village’. Postanowiliśmy wzmóc apetyt i najpierw ruszyć w wioskę artystów.

20141122_192432

Balance

20141122_210955

Też wam będziemy robić zdjęcia

Młode dziewczyny w tradycyjnych strojach pokazujące kunszt noszenia na głowie piramidki z garnków. Dziewczynka na oko może dziesięcio letnia, która wyginając swoje stawy, ze związanymi na plecach rączkami, chwytała  położoną w niewygodnym miejscu szmatkę. Chwytała ją zębami, wyginając śmiało ciało, w sposób który bolał od patrzenia. Był jeszcze pan spacerujący na linie. Generalnie ciekawie, choć nie potrafiłem uciec od wrażenia że te dzieci nie są zachwycone wykonywanymi zajęciami. Wszechobecne tabliczki o nie dawaniu tipów, nie powstrzymywał od wręczania drobnych. Im  dalej szliśmy, tym robiło się dziwniej. Prawie rozjechani przez rydwan ciągnięty przez byki, ruszyliśmy zjeść. Po drodze mijaliśmy jeszcze miejsce z przejażdżką na słoniu, a w miedzy czasie mijał nas wielbłąd na którym co chwila pan prowadził inne osoby.  W miejscu jedzenia oddaliśmy uprzednio zakupione bilety, wzięliśmy tacki i ruszyliśmy nakładać .

Dania Chokhi Dhani

Dania Chokhi Dhani

Na początku były dzbany z potrawami do samodzielnej obsługi, a później podchodziło się po kolei do osób, które wydawały następne rzeczy. W tle było widać małoletnich kucharzy, którzy przygotowywali dania w sposób tradycyjny. Nie różniło się wiele od tego co widać codziennie na ulicy. Nie czytawszy jeszcze dobrze w hindi, najwięcej nałożyliśmy sobie sosów które są tylko dodatkami. Na pozostałe jedzenie nie zostało dużo miejsca. Zjedliśmy przy stołach przyodzianych w ceraty, siedząc na plastikowych krzesłach. Styl radżastański. Okazało się iż nasze wyobrażenie o bilecie który zakupiliśmy był błędny. To nie było różne menu w tym samym miejscu – droższy o 300 rupii bilet oferował wejścia do kilku innych restauracji na terenie obiektu. Na szczęście nie byliśmy już głodni. Zaczęliśmy zastanawiać się jak właściwie określić to miejsce, i czym ono jest. Z opowieści Hindusów to powinien być raj utracony, a właściwie odnaleziony. Jak dla mnie, to ordynarny, popularny w USA, ‘theme park’ czyli tematyczny park rozrywki. Im więcej odkrywaliśmy terenu, tym bardziej rozrywka okazywała się kiczowata.

Ssssssnakessss

Ssssssnakessss

Plastikowe ogromne węże, przy siedzisku dla zaklinacza (chyba akurat miał wolne). Im dłużej się kręciliśmy, tym bardziej zastanawiałem się, jak to możliwe że Hindusi mówili o tym z takim rozrzewnieniem. Kiedy przechodziliśmy sztucznymi jaskiniami, przy sztucznym wodospadzie, dotarliśmy do wisienki na torcie. Wielki, plastikowy, kiepsko zrobiony dinozaur, z podświetlonym pyskiem. Nawet nie przypominał żadnego z bardziej znanych i popularnych gatunków, a pewnie miał być Tyranozaurusem Rexem, ale jak wiele rzeczy tutaj, nie wyszło.

Świątynia i strażnik

Świątynia i strażnik

W środku Chokhi Dhani

W środku Chokhi Dhani

Kwintesenscją miejsca był fakt, że po schodkach wspinając się koło plastikowego gada, można było wejść do malutkiej świątyni na szczycie, tylko że trzeba oczywiście zdjąć buty. Święte miejsce. Darowaliśmy sobie ten absurd. W końcu zrozumieliśmy też czemu to miejsce należy odwiedzić wieczorem.  W dzień musi być okropne. Wszystkie niedociągnięcia, plastiki, niedoróbki ukryte przez delikatne oświetlenie, rozproszone przez  mrok i wszechobecny kurz, prawdopodobnie sprawiłyby że delikatne,wrażliwe i miękkie serduszka Hindusów pękły by jak balon od szpilki . Gdy jest ciemniej, trudniej to  dostrzec, a ja nie wiem czy Hindusi tego nie widzą, czy bardzo nie chcą zobaczyć.

Powróciliśmy do hotelu zasmuceni wizją hinduskiego radżastańskiego nieba i w lekkim szoku. Po całym tym zwariowanym dniu, ostrym żarciu, przed położeniem się spać wszystko o czym marzyłem, sprowadzało się do  pysznej, zimniutkiej, cudownie gazowanej  Coca-Coli.
Niestety nasz hotelowy przybytek nie zaposiadał sklepu, można było tylko zakupić butelkowaną wodę. Na szczęście, ku mojej ogromnej radości chłopiec na posyłki  powiedział że kupi. Wydał polecenia drugiemu i ten wstał jak rażony prądem, czekając na pieniądze. Powiedział 80 rupii i zanim wybiegł z moją stówą przypomniałem sobie że oni tutaj często lubią colę zero, light i różne inne dziwne twory. Podkreśliłem więc że chodzi mi o zwyczajną , normalną coca-colę, absolutnie nic innego. Jeden przetłumaczył drugiemu wydając groźne dźwięki, a ja wróciłem do pokoju oczekiwać pysznego wybawienia od trosk.
Po 20 minutach, dzwonek do drzwi, wystrzeliłem jak z procy i dostałem. Ciepłą butlelkę Thumsa Up’a. Mojego prywatnego Chokhi Dhani. Czas spać, jutro pobudka o 6.00 żeby zdążyć na słonie.

Obiad czwartkowy

20.11.2014 

Czwartek miał być dniem w którym uda mi się zamieścić wpis z niedzielnej wycieczki po Delhi. Również dniem w którym przekonam ludzi że ich plan, który podstępnie uknuli gdy musiałem pracować, zakładający zrobienie w jeden weekend Agry i Jaipuru, jest najgorszym pomysłem od czasów gdy ktoś kiedyś wymyślił coś takiego jak praca. Skończyłoby się umordowaniem w podróży, nie obejrzeniem połowy obiektów  i niepotrzebną nerwicą.  Planowanie sobie, a życie sobie. Co do wycieczki, to za pomocą małej armii przyjaznych Hindusów z których połowa była z Jaipuru, a druga połowa ma tam rodzinę, przekonałem opornych, że potrzebujemy całego weekendu na tą wyprawę. Zaś co do bloga, to pod koniec dnia pracy, gdy w radosnej atmosferze szykowaliśmy się już do ucieczki z fabryki (fragment konwersacji na komunikatorze – pis. oryg. – przyp. red):

Pawel Jaksim  [13:36]:
 ja che wychodzic
chce wziac juz takse
dajcie mi numer po takse
czy ktos juz dzwonil po takse
 ja chce tas
 e
musze z tad spierdalac

okazało się że mamy poczekać, gdyż jeden z autochtonów chce gdzieś nas zabrać po pracy. Tylko że wyszedł sobie i mamy na niego poczekać. Czekanie rodzi obawy. Z powodu generalnego traktowania czasu przez Hindusów, jako pewnego płynnego eterycznego konceptu, którego nie da się zniewolić na tarczy wskazówek zegara, a na pewno na żadnym elektronicznym wyświetlaczu. Na dodatek nie było nawet wiadomo, czy wszyscy jesteśmy zaproszeni, gdziekolwiek mamy być zaproszeni,  gdyż inicjator zamieszania współpracuje tylko z dwójką z naszej szóstki.

Gdy wrócił za godzinę, okazało się iż rzeczywiście wszyscy jesteśmy mile widziani, na przyjęciu z okazji urodzin jego żony.
W mojej głowie zaświtał szereg myśli. Mogę zapomnieć o blogu na dziś. Nie jestem odpowiednio ubrany. Nie mamy prezentu.Po całym dniu, jeżeli wieczorem będę musiał zdjąć buty w ciasnym hinduskim mieszkaniu, ludzie mogą zacząć umierać.

Na szczęście okazało się że idziemy do przybytku o wdzięcznej nazwie Ancient Grill, i Prashant o 20.00 przyjedzie po nas do biura. Gdy dotarł o  20.40, dwoma samochodami ruszyliśmy na miejsce. Było nam trochę niezręcznie z powodu braku prezentu, ale doszliśmy do wniosku że może my nim jesteśmy, skoro biali bywają okoliczną atrakcją fotografowaną na równi z zabytkami. Na szczęście Vijay, jeden zaproszonych współpracowników, zakupił kwiaty również w naszym imieniu.

Lokal okazał się naprawdę bardzo przyjemnie urządzony, sprawiał wrażenie raczej z wyższej półki, zwłaszcza w porównaniu do około hotelowych ‘restauracji’ szybkiej obsługi w których stołujemy się zazwyczaj. Kucharze umieszczeni za szybą, aby móc obserwować ich zręczną i na pewno higieniczną pracę. Na ścianie wisiała ogromna mapa, która rzuciła nowe światło na geograficzne pojęcie mieszkańców Indii.

Mapa wg. Indian

Mapa wg. Indian

W środku stołu były wnęki na grille, na których kelnerzy przychodzili i dorzucali marynowane kawałki kurczaka i ryby (już gotowe, ale dla podtrzymania temperatury). Obsługa rozdała talerze w zależności od preferecji wege – nie wege. Oczywiście wszyscy hindusi dostali zielone, a my barbarzyńcy, żółte. I zaczęło się wielkie żarcie. Kelnerzy co chwila donosili nam przeróżne kulinarne dziwa, kiedy my testowaliśmy grillowanego kurczaka i rybę.

Grill

Grill

Zaczęli od korzenia lotosu (nawet Hindusi nam nie byli w stanie wytłumaczyć co to jest dokładnie), który smakował obłędnie. Obłędnie. Słodkawo pikantne, lekko chrupiące, niebo w gębie, które zachwyciło nas wszystkich bez wyjątku. Następnie w miarę ostro doprawione roladki z mielonego mięsa baraniego i ser paneer w przyprawach. Kulinarny orgazm nastąpił gdy pan wrzucił na talerz krewetki w słodkim sosie chilli, które smakowały jak nigdy w życiu, a wiem co mówię, gdyż  uważam się za całkiem niezłego krewetkowego kuchcika . Więc gdy pan przyniósł najzwyklejsze na świecie udko kurczaka (które jest chyba głównym mięsem spożywanym przez hindusów), pokazałem grzecznie że podziękuję. Niestety nalegał i zachwalał jakie to pyszne udko jest, więc nie było wyjścia wcisnąłęm to i jeszcze coś dobrego, dziwnego, co chyba było wegetariańskie, o lekko gumowatej konsystencji, ciężko opisać, a zdjęcia nie zrobiłem bo zjadłem zanim pomyślałem.

Kucharze

Kucharze

W między czasie zaśpiewaliśmy lokalne sto lat, a właściwie klaskaliśmy w jego rytm, solenizantka próbowała zdmuchnąć samozapalające się ponownie świeczki z tortu, a kelnerzy nadal biegali  wtem i  z powrotem zarzucając nas pysznościami. Kiedy byliśmy już dość pełni, Prashant uroczo oznajmił żebyśmy się przypadkiem nie przejadali, bo to są tylko przystawki. Rychło w czas. Szczęki opadły nam z kolei do ziemi, gdy pan z obsługi przyszedł i  spytał ‘Shall we repeat the starters ?’. Jasne, let’s have first sex again. Powstrzymałem się od głośnego komentarza, gdyż hindusi mimo wymyślenia seksualnej akrobatyki, są chyba dość pruderyjni. Gdy wygoniliśmy kelnera z absurdalnym pomysłem zamiany nas w tuczniki, wstaliśmy i poszliśmy po danie główne. Okazało się ono bufetem, pod szybami gdzie pichcą kucharze. Od lewej do prawej, wybory dań wegetariańskich i nie wegetariańskich, z kuchni nie tylko indyjskiej. Od wegetariańskiego zielonego tajskiego chili, po różne wersje ryżu z dodatkami, przez paneer w masali, do mojej ukochanej baraniny w pikantnym sosie. Była jeszcze ryba i kurczak w przyrządzone w stylu azjatyckim, plus kilka innych dań wegetariańskich których nazw nie szło spamiętać. W stronę zup i baru sałatkowego nawet nie spojrzałem.

Zestaw dań głównych

Zestaw dań głównych

Nałożyłem po niewielkiej łyżeczce prawie wszystkiego i oddałem się masakrowaniu resztki z mojej dobrej formy fizycznej, oraz dalszemu rozciąganiu żołądka.

Dania główne były równie pyszne co przystawki. Ubabrałem się obgryzaniem kości z  baraniny (mięso w Indiach jest praktycznie zawsze z kością, chyba że napisano wprost, że jest inaczej), a później przez chwilę zostałem niańką 1,5 rocznego małego urwipołcia, aby odciążyć solenizantkę i Prashanta.

Denis Rozrabiaka

Denis Rozrabiaka

Zadanie miało być proste, bo dzieciak powinien już zasypiać, ale zamiast być półprzytomnym, tryskał energią jak Wezuwiusz lawą. Za główny cel postanowił  zrobić sobie krzywdę. Rozpędzał  się w swoich świecących cichobiegach, i próbował uderzyć w znajdujące się przed nim przedmioty. Na szczęście, zazwyczaj trafiał w nogi przechodzących kelnerów, którzy w miarę zręcznie uskakiwali. Mimo usilnych prób zrobienia sobie kuku, przez dłuższy czas udawało mu się pozostać w całości, do momentu gdy w  końcu z sukcesem i solidnym impetem pacnął plackiem na ziemię. Jego niechybnie nadchodząca erupcja płaczu, pozbawi mnie kompetencji niańki, i popsuje dobre  międzynarodowe polsko-indyjskie stosunki. Po błyskawiczny podniesieniu brzdąca z podłogi (może nikt nie zauważy), okazało się iż ciemniejsza glina z której są ulepieni, jest również bardziej wytrzymała, więc uśmiechnął się tylko szczerząc ząbki i pobiegł w przeciwnym kierunku szukać dalszych zderzeń.

Desery, deserki

Desery, deserki

Z radością oddałem go pod opiekę papie (jak wołał maluch), i poszedłem nałożyć sobie desery bo przecież jak to tak, bez deserów skończyć grilla. Pyszne ociekające wszechobecnym tłuszczem, i bardzo słodkie indyjskie i nie tylko przekąski, sprawiły iż moja wizja powrotu  w wersji fit, zaczęła się oddalać bardzo szybko.

Na koniec grupowa fotka, i można uciekać do hotelu. Na zewnątrz, z powrotem w szarej i brudnej rzeczywistości, atakowani przez bezdomne psy i dzieci, zostaliśmy zaproszeni na skosztowanie lokalnej zakąski paan, która ma poprawić trawienie, i pozwolić nam zasnąć bez boleści, oraz nawet odświeżyć oddech. Wszystko na raz. Serwowane z budki przy parkingu, właściwie było by pierwszym jedzeniem prosto z ulicy jakie byśmy zjedli.

Paan

Paan 

Na zielonym liściu, pan zaczął wykładać różne dziwne składniki i przyprawy, ze słoiczków, z pudełeczek, z buteleczek, i nie wiadomo z czego jeszcze. Co gorsza, jeden ze składników przypominał coś, co miało najgorszy smak w Indiach jaki zjedliśmy do tej pory, i czego za żadne pieniądze nie chcieli byśmy spróbować jeszcze raz. Ponieważ nasi gospodarze zjedli swoje porcje, nam pozostało nie popełnić faux pas i mimo obaw, zrobić to samo.

Glup!

Glup!

Liściany zawijas eksplodował atakując kubeczki smakowe z każdej możliwej strony, od słodkiego do słonego, przez ostry, kwaśny, nie opisany, na końcu pozostawiając orzeźwiającą miętę. Nic dobrego, ale w sumie też i nie tak złe, jak początkowo się zapowiadało. Iwonce  nawet smakowało.

Odwiezieni przez gospodarzy do hotelu, pożegnaliśmy się grzecznie ,i ustaliliśmy że chyba będzie trzeba kupić spóźniony prezent urodzinowy w Jaipurze, do którego wybieramy się w ten weekend.

O ile przeżyję dzisiejszą jazdę motorem z Veesheetem.

Niedziela – Delhi ciąg dalszy

16.11.2014

Bogatsi o doświadczenia dnia wczorajszego wyruszyliśmy na podbój kolejnych części Delhi. Szlakiem religijnych fanaberii hinduskich, za pierwszy obiekt wędrówki obraliśmy kolejny moloch  wiary, czyli Lotus Temple.

Lotus Temple

Lotus Temple

Świątynia w kształcie kwiatu lotosu  na tafli jeziora, jednoznacznie przypominająca Operę w Sydnej, będąca siedzibą religii Bahá’í z XIX wiecznej Persji. Religia multireligijna choć monoteistyczna, wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną, kochajmy się i módlmy tak jak każdy lubi. Justyna podsumowała słusznie – religijne esperanto. Budowla znów dość nowa, bo z  lat 90, a w srodku  panowała tylko cisza. W sensie chodzili i pilnowali żebyś przypadkiem nie wydał ani dźwięku, a gdy zdarzyło ci się tak zgrzeszyć, lub chwycić za aparat, groźnie przykładali sobie palec do ust. Z milczącym ‘szzzzzzzzzzzzz’. W sumie ładna z daleka, z bliska nie robiła aż takiego wrażenia. Zwłaszcza gdy przyjrzeć się zapyziałym basenom, symbolizującym wodę, na której unosi się ten australijski kwiat lotosu. Dobrze że po chamsku wcisnęliśmy się w gargantuiczną kolejkę, gdyż długie oczekiwanie było by nie warte.

Lotus Temple, basen

Lotus Temple, basen

Zahaczając o market, w którym pani plastikowymi spinkami związała suwaki w plecaku, abym przypadkiem nie ukradł czegoś wartościowego, ruszyliśmy ku stacji Khan Market. Gdy wyszliśmy na powierzchnię, zorientowaliśmy się że jest coś nie tak. Zajęło nam chwilę, gdy pojęliśmy że jest to brak wszech ogarniającego pyłu, smrodu i brak braku chodników. Cywilizacja współczesna. Szok.  Podeszliśmy do stojących na uboczu dwóch tuk tuków, które w ciągu mniej więcej 1.5 sekundy zamieniły się w sześć tuk tuków których kierowcy zaczęli przekrzykiwać się nawzajem. Wybraliśmy radośnie dwa zanim zaczęli  wyrywać nas ze swoich rąk i pojechaliśmy w kierunku z góry upatrzonym :

Humayun’s Tomb

Humayun's Tomb

Humayun’s Tomb

Zrobiło wrażenie. W końcu co UNESCO to UNESCO. Piętnastowieczny  kompleks grobowców, z centralnie umieszczonym grobowcem Humayunsa, kimkolwiek był. Rozległe zielone tereny, otoczone murem po którym można swobodnie spacerować, i wpaść do dziur które z jednej strony są schodami, a z drugiej dwu metrowym spadkiem na schodów początek – u nas, po pierwszym połamanym by zamknęli.

Schodki

Schodki

Oczywiście granica jest cienka, między tym co ładne, a tym co mniej ładne.

Takie tam

Takie tam

Sam główny grobowiec jest naprawdę śliczny, i pachnie prawdziwą historią. Obeszliśmy go wzdłuż, wszerz i dookoła. Zwiedzaliśmy również pomniejsze okoliczne mniejsze grobowce, mniej ważnych rezydentów.

DCIM102GOPRO

Mniejszy grobowiec

 

DCIM102GOPRODCIM101GOPRODCIM101GOPRODCIM101GOPRO

No i nie dało się przejść obojętnie obok reklamy fantastycznego festiwalu, reklamowanego tuż przy fantastycznej toalecie na terenie kompleksu.

International Toilet Festival

International Toilet Festival

International Toilet

International Toilet

 

20141116_140950

Podniesieni na duchu, zachwyceni tym co zobaczyliśmy, postanowiliśmy ruszyć dalej. Podczas opuszczania kompleksu, zanim się zorientowaliśmy, siedzieliśmy w jednej ciasnej taksówce.Zanim powiedzieliśmy India Gate, znaleźliśmy się w drogiej restauracji a taksówkarz spał czekając aż

Restauracja dla turystów

Restauracja dla turystów

skończymy jeść. W sumie potrawy były dobre (Mutton Roganjosh w moim przypadku, czyli baranina w pikantnym tłustym sosie), ale przy cenie która była prawie polska, zdecydowanie przepłaciliśmy. Zdecydowanie. Ruszyliśmy dalej tłumacząc panu taksiarzowi  iż wszystkie rzeczy do których chce nas zawieźć, już widzieliśmy . Ten nie zrażony, z uporem maniaka wertował przygotowaną książeczkę z obrazkami, zachęcając nas do kolejnych odwiedzin turystycznych punktów na mapie Delhi.

India Gate

India Gate

W końcu opornie przyjął do wiadomości że interesuje nas tylko India Gate i srodze zawiedziony tym faktem odwiózł nas na miejsce. Które było ładne, monumentalne, ale ostatecznie nie specjalne. Ot łuk triumfalny (choc ten akurat fatalistyczny, bo związany z poległymi z IWŚ) jak wiele innych.

India SWAT !

India SWAT !

20141116_161723

Mr. Nice Guy

Za to, spotkaliśmy całkiem miłego i kontaktowego pana tuk tuka, który niestety był sam, a my jeszcze nie jesteśmy na etapie odważenia się na podróż w 6 osób razem w takiej puszce. Pan więc zadzwonił po brata, który przybył po pięciu minutach które trwało minut dwadzieścia pięć, a ci zawieźli nas do Lodi Garden,  gdzie mieli na nas  grzecznie czekać (zanim im zapłaciliśmy !). Gdy jechaliśmy nie dało się nie zauważyć, że tutejsze ulice i chodniki są dla lepszych ludzi robione. Choć właściwie to przede wszystkim są. Podział kastowy zniknął tylko oficjalnie. Najładniejsze domy dookoła, oczywiście okazały się być  dla polityków i oficjeli. Klasa próżniacza ma się dobrze wszędzie. W samym parku znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie.

Lodi Garden

Lodi Garden

Trzy pokolenia anglików które wychowały hindusów, sprawiły iż ci (których stać) lubią piknikować. Freesbie, badminton, kocyki, muzyka, tańce i zabawy. Rodziny z dziećmi, zakochane pary, roześmiane grupki znajomych, Europa w środku Azji. Park piękny, zadbany, zielony, z zabytkowymi grobowcami  w środku, do których można spokojnie wchodzić. Tylko dziwny zakaz kręcenia filmów (ale nie robienia zdjęć), o którym oznajmił mi pojawiający się znikąd pan ochroniarz. Wytłumaczyłem mu grzecznie że GoPro robię tylko zdjęcia, i żeby nie dygał, nikogo nie nagram i nie ukradnę mu duszy.

Pacz, tylko zdjęcia

Patrz, tylko zdjęcia

Mijając pierwszych od przyjazdu ludzi uprawiających bieganie,  którzy przypomnieli mi jak bardzo tracę tu formę (Karol, i tak i tak nie masz szans ;)), poszliśmy do braci tuk tuków i ruszyliśmy do stacji metra, i do domu. Ci chcieli zostać naszymi drajwerami na zawsze, więc nawet poczęstowali numerem telefonu, tak na wszelki wypadek.DCIM102GOPRO

A my po tym w sumie spokojnym dniu (w porównaniu do wczoraj) wróciliśmy do hotelu, wyspać się przed kolejnym tygodniem pracy, który jak się później okazało, nie miał być tak sielankowy jak zakładałem. No i musimy zaplanować wycieczkę do Agry i Jaipuru.

W chwili obecnej jest 21.11.2014, wybija godzina 24.40, a ja ledwo widzę na oczy, ale nie mogłem pozwolić sobie na  pozostawienie wiernych czytelników bez kolejnego wpisu 😉 . Jeszcze tylko spakować się i pobudka o 5.00 gdyż wyruszamy na weekend do Jaipuru ! Na pewno będę w wyśmienitej formie po 3 godzinach snu.

Post ten powinien pojawić się wczoraj, ale bardzo miłe, acz niespodziewane okoliczności sprawiły iż nie było czasu go umieścić. W przyszłym tygodniu relacja z zaskakującego czwartku i weekendu w Jaipurze :).

Sobota – ruszamy w Delhi!

15.11.2014

Pozwolę sobie przeskipować opis piątku w pracy, i przejść do wyczekiwanego przez nas weekendu.

W sobotę postanowiliśmy wstać skoro świt, mimo jet laga, zmęczenia oraz lekkich obaw przed wszelkimi niebezpieczeństwami czyhającymi na białych i o 8.30 wyruszyć ku czekających nas przygodom, w tym jakże szalonym kraju.  Na szczęście, nasz hotel jak wspominałem, znajduje się tuż przy stacji metra, więc ten środek komunikacji, polecany przez tutersów jako bezpieczny i kulturalny, obraliśmy za główną oś naszej podróży.

Metro samo w sobie zdecydowanie zasługuje na oddzielny wpis, który pojawi się prędzej czy później. Później.

Dotarliśmy  (bacznie obserwowani przez wszystkich pozostałych podróżnych, jak murzyni w Warszawie 15 lat temu.) do stacji przy świątyni Akshardham,  która już z daleka robi ogromne wrażenie.

Akshardam, widok ze stacji metra

Akshardam, widok ze stacji metra

Wreszcie poznamy  smak Indii i część ich starej  bogatej kultury. Nasza szóstka zawieziona w dwóch rikszach po 20 rupii (nie pamiętam czy tłumaczyłem przelicznik : odejmujesz zero, dzielisz na dwa i dodajesz trochę = 1,1 zł), dotarliśmy do kolejki do wejścia, która mimo długości tasiemca ludzkiego ruszyła dość sprawnie. I tutaj spotkała nas niemiła niespodzianka. Bardzo niemiła. Przed wejściem na teren świątyni należy zostawić plecaki, aparaty, kamery, telefony, adresy, numery telefonów i numer buta. Pierwsze zdanie na małej ankiecie do wypełnienia brzmiało ‘zostawiasz rzeczy na własną odpowiedzialność’. Które w wolnym tłumaczeniu brzmiało : ‚wydymamy Cię ze wszystkich wartościowych rzeczy i nawet nic nam nie zrobisz’. Po dziesięcio minutowej dyskusji, oszacowaniu wartości przedmiotów oraz ryzyka, doszliśmy do wniosku iż pracujący tam hindusi nie będą chcieli zreinkarnować się w nutrie, dokonując aktu kradzieży, i podejmiemy ryzyko. Świątynia jest wielka, i takie też robi wrażenie.
Monumentalna budowla, pięknie rzeźbiona z zewnątrz, z setkami miniaturowych postaci wygrawerowanymi w kamieniu,ogromne posągi, no cuda na kiju. Można poczuć ogrom historii inidii, poczuć powiew prawdziwego orientu i konstatować jak nisko musiała upaść ichnia cywilizacja, od czasów gdy wielcy budowniczy stworzyli takie cudo.

Akshardam, plakat w metrze

Akshardam, plakat w metrze

Gorzej, że żeby wejść na główny teren, oraz do środka, trzeba zdjąć buty. Ale i to higieniczne ryzyko podjęliśmy dziarsko (ja boso – bardziej, inni w skarpetkach – mniej), licząc że świątynia wewnątrz będzie równie piękna jak na zewnątrz, i wynagrodzi ewentualną śmierć lub amputację. I rzeczywiście, wnętrze świątyni jest równie wspaniałe i zapierające dech w piersiach. Idealnie rzeźbione setki przeróżnych figurek bóstw na  ścianach, wielki posąg buddy, oraz mniejsze posągi mniejszych bóstw, wszystko cudownie szczegółowe, aż trzeba sobie przypominać o zamykaniu rozdziawionej buzi.Wczytując się w kupiony za 5 rupii mini przewodnik, dotarłem do informacji która niestety zburzyła misterną konstrukcję w mojej głowie. Świątynię zbudowano w latach 2000-20005. Można się było domyślić że rzeźby po kilkuset latach tak nie wyglądają, ale człowiek widzi to, co chce zobaczyć.

Na koniec udaliśmy się do food courtu, aby podjąć pierwsze kulinarne ryzyko  i zjeść nie restauracyjne cokolwiek. Poszedłem na pierwszy ogień i 20 rupii zainwestowałem  w 2 samossy, czyli nadziewane warzywami pierożki smażone na głębokim oleju, podane z ostrym sosem. Były smakowite, i kolejne jedzeniowe obawy powoli zaczęły opadać jak tutejszy kurz. Odebraliśmy nasze nietknięte pakunki, zbesztaliśmy się za brak zaufania, i ruszyliśmy ku stacji Rajiv Chowk. Tam mieliśmy się przesiąść do żółtej linii metra, oraz zachęceni przez indyjskiego odpowiednika  szefa naszego szefa, wyjść na zewnątrz i zobaczyć, bo podobno ładnie.
Na zewnątrz nic ładnego nie było, i w oczy się nie rzucało. Oprócz nas, gdyż wyglądaliśmy na bardzo bezcelowe osoby, a to nie jest najlepszy pomysł, gdyż to takich osób szukają z kolei osoby celowe.
Krzysztofa aka ‘Niemca’ zaczepił przemiły hindus i poinformował iż powinniśmy udać się do oficjalnej informacji turystycznej, wskazał kierunek , i podkreślił aby to była ‘ta druga z niebieskim szyldem, a nie ta pierwsza z szyldem czerwonym’. Doprecyzował iż on nam każe iść do oficjalnej, a ta po drodze jest komercyjnym biurem turystycznym które chce nas oszukać. Wiedzeni radą miłego pana, dotarliśmy do lokalu. Tam przemiły pan spytał co robimy, gdzie chcemy jechać, i czy zamierzamy zrobić tzw. Golden Circle (New Delhi – Agra – Jaipur). Po usłyszeniu odpowiedzi twierdzącej, zanim się zorientowaliśmy, wystosował nam ofertę przejazdu, noclegu, zwiedzania i powrotu. Po okazyjnej cenie 4500 rupii od osoby, musimy zarezerwować najlepiej już teraz bo później będzie problem z miejscami, zaraz nam wszystko wypisze. Właściwie to pan mnie kupił, ale na szczęście część wycieczki zachowała zdrowy rozsądek i postanowiliśmy to przedyskutować. Gdy zaczęliśmy wychodzić okazało się iż ta bardzo rewelacyjna cena 4500 rupii może zamienić się w 4000 rupii, wystarczy że zapłacimy już, już teraz. To tylko przekonało nas o słuszności tymczasowej ewakuacji. Dla sprawdzenia weszliśmy do drugiego przybytku, w którym jeszcze bardziej przemiły pan stwierdził że oni też są oficjalni i zatwierdzeni przez rząd hinduski. Ten był dużo bardziej godny zaufania, mniej napastliwy, i sprawiał wrażenie dużo bardziej profesjonalnego naciągacza. Zaoferował nam ten sam  samochód, inny chotel i cenę koło 5000 rupii, którą można zbić do 4500 wybierając trochę gorszy hotel. Spytał nawet o narodowość, wyciągną gruby zeszyt A4 i pokazał wpis po polsku jakiegoś pana Zenka, który bardzo wylewnie, bo na całą stronę opisał wycieczkę i dziękował, bo bardzo dobrze się bawił. Na koniec spytałem jeszcze o koszt wynajęcia samego samochodu z kierowcą – wyszło 3200 rupii. Chyba trochę dużo, albo hotel musi być bardzo tani.
Nie długo po wyjściu zaczepił nas kolejnymiły pan, który był w pierwszym przybytku, zaoferował pomoc w dobraniu taniego tuk-tuka, a następnie stwierdził że z chęcią zabierze nas do swojego sklepu z kaszmirem.

Kaszmir szop

Kaszmir szop

Jako że kaszmir, najważniejsze kobiety w moim życiu odmieniały przez wszystkie przypadki, nie było innego wyjścia jak pójść za nim. Weszliśmy po schodkach na piętro gdzie w sumie trzech panów  opatulało dziewczęta w zwiewne szmatki,

Asia w Sari

Asia w Sari

Iwona w Sari

Iwona w Sari

prezentowało cudowne materiały i generalnie robili wszystko to co prawilni sprzedawcy powinni robić. Gładko od prezentacji, przeszli do interesów i zaczęli pytać, które się podobają i które bierzemy. Zaprezentowali płynne przejście cenowe od 800 rupii za podstawowe Sari, poprzez 2000 za małe kaszmirowe szaliczki, do 4500 za lepsze Sari, zanim zdążyliśmy przerwać. Na szczęście mając świadomość bycia przekazywanym z rąk do rąk towarem, uruchomiwszy zakopane pokłady asertywności wydostaliśmy się ze sklepu, ku zawiedzionym minom uprzejmych sprzedawców. Postanowiliśmy wrócić do metra i ruszyć dalej. Po drodze do stacji, zaczepił nas tylko jeszcze miły pan, żebyśmy poszli do oficjalnej informacji turystycznej dwie ulice dalej …

Gdy wysiedliśmy na docelowej stacji Chandni Chowk, skąd mieliśmy dotrzeć do Red Fortu, okazało się że do tej pory nie było wcale aż tak dużo ludzi. Dopiero tutaj przekonaliśmy się co znaczy prawdziwy chaos. Chaos. Z ulgą więc przyjęliśmy więc ofertę namolnego pana rikszarza, który za 50 rupii (od osoby), wraz z kompanem obwiezie nas po Spice Markecie, Meczecie Jama Masjid i docelowym Red Forcie.Szofer na dziś

Pan nieźle szprechał po angielsku, a jego główną powtarzaną sekwencją było iż ‘ to jest jego praca, i jeżeli stwierdzimy że była warta jedną rupię, to on ją przyjmie z radością, a gdy stwierdzimy że 100, 1000 albo 1000 0000 rupii to też przyjmie je z radością’. Nie wątpię.
Tutaj zobaczyliśmy prawdziwe, stare Indie. Old Delhi okazało się przyćmiewać wszystko co widzieliśmy do tej pory, jeśli chodzi o ścisk, ruch, rozpieprzoną infrastrukturę i ogólnie panującą atmosferę gorączki.

Znajdź małpę na obrazku

Znajdź małpę na obrazku

Wąskie uliczki, ze zwisającymi wszędzie kablami instalacji elektrycznych, po których czasem przechadzają się małpy. Wszędobylskie dzikie psy, morze ludzi płynące w każdym kierunku, intensywny zapach przypraw przyprawiający o kichanie, komunikacyjne pandemonium.

Spice market uliczka

Spice market uliczka

Wszystkie zmysły trzeba było mieć wytężone na 100%. Zwłaszcza gdy nasz miły przewodnik teraz powtarzał z częstotwością co minutę, abyśmy pilnowali kieszeni.

Wąska uliczka

Wąska uliczka

Zostawiliśmy rikszę, i dalej wraz z nim poszliśmy pieszo. Cały ściski który do tej pory wydawał nam się ściskiem, przestał nim być. Zredefiniowaliśmy to pojęcie.

Wąska uliczka

Spice Market

Skryliśmy się w jednym ze sklepów z przyprawami, od którego nasz przewodnik na pewno dostanie gratyfikację za to że nas tam przyprowadził. Dokonaliśmy sporych zakupów różnych przypraw i herbat trenując umiejętności targowania. Nasz męski zespół trzyosobowy zbił z ceny 1650 do 1100 rupii za 4 paczki herbaty i cynamon, czyli i tak i tak zostaliśmy wydymani.

Sklep, Spice Market

Sklep, Spice Market

Następnie wszyscy oprócz mnie weszli zwiedzić mały meczet. Ja zaś, zacząłem rozumieć dlaczego do tej pory byłem jedynym dużym chłopcem na ulicy w krótkich spodenkach. Nasz przewodnik postanowił załagodzić mój ból z tym związany, i zaprowadził nas na dach jednego z budynków. I to był jeden z bardziej fascynujących momentów. Krętymi korytarzami, miedzy straganami z przyprawami, żebrakami, wąskimi schodkami zaczęliśmy wspinać się na górę, aby móc zobaczyć z góry Spice Market, oraz uprzedni meczet. Albo zginąć z rąk bandytów.

Spice Market, pięterko

Spice Market, pięterko

Na szczęście to pierwsze,i zrobiło to na nas ogromne wrażenie, zwłaszcza że bez przewodnika nigdy w życiu byśmy sami tam nie weszli. Kilka samojebek, i czas ruszać dalej ku docelowemu Meczetowi Jama Masjid ( do którego będę mógł wejść, gdyż wstęp płatny, a to niweluje jak wiadomo, boską obrazę gołych łydek) oraz Red Fortowi.

Spice Market, dach

Spice Market, dach

Spice Market, meczet

Spice Market, meczet

Rikszarz wrócił do śpiewki o cenie jego pracy, i postanowił nas wyrzucić już pod Meczetem  (największa sakralna budowla muzułmańska w Indiach), stwierdzając że Red Fort jest tuż za rogiem, i czas zapłacić. Nasza trójka szarpnęła się po 200 rupii od łebka, co sprawiło że tyle samo zaczął wymagać od drugiej rikszy z pozostałą trójką. Zdecydowanie zaprzeczyło to jego wcześniejszym deklaracjom o jednej rupii jako zapłacie która go uszczęśliwi. Do Meczetu nie weszliśmy, gdyż zaraz rozpoczynały się modły. Ruszyliśmy więc z buta do Red Fortu, który nie do końca był zaraz za zakrętem.

Red Fort

Red Fort

Ta fortyfikacja z XVI w. wreszcie była prawdziwym starym zabytkiem. Bez większego szału, ale zawsze coś.

DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO

Zbliżała się godzina zmierzchania, więc pomni ostrzeżeń żeby lepiej po zmroku nie wędrować, postanowiliśmy wrócić do metra. Po spytaniu dwóch kolejnych strażników, z których każdy uprzejmie wskazał inny kierunek, postanowiliśmy zastosować zasadę ostatnie na wierzchu, i ruszyliśmy prosto przez siebie, w morze ludzi. Dotarliśmy znów do Chandni Chowk z której zaczęliśmy przygodę z Old Delhi, z tą różnicą że przyszli tu też wszyscy inni. Ścisk zrobił się jak na koncercie Iron Maiden pod sceną. Nawet gdy nie chciałeś szedłeś, albo stałeś. W zależności od tego co ludzki potwór postanowił z tobą zrobić. O dziwo, udało nam się nawet w miarę sprawnie wejść do wagonów i przejechać do stacji przesiadkowej. Tam, nadal w ścisku zobaczyliśmy osobliwą scenę. Do wagonu wbiegła mała dziewczynka z chłopcem, umorusani, boso, i rzucili się plackiem na podłogę przy przegubie wagonu rezerwując miejsce. Za nimi weszła dalsza część tej zgraji. Kilkoro dzieci, babinka, mama i chyba tata. Generalnie z tych zaczepiających ludzi o pieniądze i wciskający róże za opłatą. Aktualnie mała trenowała na braciszku jak oszukać go na hajsy, w grę zręcznościową.

Połóż pieniążek, a ja Ci go zabiorę

Połóż pieniążek, a ja Ci go zabiorę

Raczej pozostali jadący też byli lekko zdegustowani, gdy mała zajmowała stopami coraz więcej przestrzeni, a w przedziale było dość ciasno. Gdy wstawaliśmy ta przebrzydła cyganka  wskoczyła na moje siedzisko, które udało mi się zdobyć stację wcześniej, i wystawiła swoją najobrzydliwszą na świecie stopę, przeciskając ją między szybą a poręczą próbowała mnie nią zaatakować. To było prawdziwe near death expierience. Na dodatek był to oficjalnie obraźliwy gest, za który powinienem żądać przeprosin. Na szczęście wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i mogłem uciec jak najprędzej.
Gdy wysiedliśmy na naszych rewirach, zrozumieliśmy jak bardzo myliliśmy się co do oceny okolicy naszego hotelu. Dzięki Old Delhi zrozumieliśmy że tutaj nie jest tak źle.

Jutro ruszamy dalej !

India Business Trip

13.11.2014

Kiedy dostajesz propozycję służbowego wyjazdu do Indii nie zastanawiasz się dwa razy. Zastanawiasz się cztery razy. Zwłaszcza gdy w głowie pobrzmiewa  zasłyszane zdanie : „nie warto lecieć do Indii na pierwszą wycieczkę azjatycką, można się bardzo zrazić”. No i przede wszystkim w pracy trzeba tam szkolić hindusów, a każdy kto miał do czynienia z tą jakże pocieszną nacją, wie że może to być zadanie ponad europejską cierpliwość.  Z drugiej strony, kiedyś trafić tam trzeba, więc  lepiej niech zapłaci za to kto inny.

Indie

Flaga Indii

Pomińmy załatwianie wszystkiego na wariata, jak to zazwyczaj bywa w przypadku naszych  tzw. Business Tripów, które sprawiło że udało się nam (w sumie szóstka, miała być siódemka, Gębol tęsknimy) zaszczepić tylko na część zalecanych chorób, i to też tylko częściowo, bo powtórki to możemy sobie zrobić jak już wrócimy do Polandii.

Wizy dostaliśmy w czwartek, Approvale skończyliśmy klepać w piątek, poniedziałek wolne, wtorek 11.11 święto rozpierduchy na mieście, a w środę  lot przez Dubaj.
Podróż odbyła się bez większych niespodzianek, może poza konstatacją iż dla Dubajczyków wyglądam na terrorystę/szmuglera narkotyków, gdyż pierwszy raz w życiu zdażyła mi się taka wnikliwa kontrola. Uprzejmy pan tuż przed wyjściem poprosił paszport, wziął mnie na bok i przetrzepał  plecak do tego stopnia, że wyciągał zwitku kurzu na palcu, obwąchiwał je i zastanawiał się czy nie są narkotykami. Ale oczywiście  ‘this is airport, don’t worry, it’s a typical process’. Szkoda że tylko ja z naszej szóstki byłem taki typowy. Dobrze że nie musiałem kucnąć i kaszlnąć.

lotnisko

Lotnisko

Mniejsza o większość, po ponad dobie nie przespanej o godzinie 9.00 dotarliśmy na lotnisko docelowe w New Delhi. W oczy rzucił się  wyściełający całą podłogę dywan. Poczułem się jakby ktoś powiększył taki przytulny babciny pokój.

Gorzej że po podróży ze zmęczenia wszystko widziałem jak przez mgłę. Jeszcze gorzej gdy okazało się że to nie zmęczenie a wszech ogarniający pył. Wszech ogarniający. W hallu lotniska, w korytarzach i na zewnątrz. No właśnie, na zewnątrz. Każdy kto wybiera się do Indii słyszy że tam jest bród, smród i ubóstwo, więc może się na nie, jako tako, mentalnie przygotować.  Tyle że z rzeczywistością ma to tyle wspólnego co nauka ars amandii za pomocą czytania podręcznika. Rzeczywistość zaskakuje.

Gdy wyszliśmy z ‘zamglonego’ lotniska na zewnątrz uderzył w nasze nozdrza lokalny, z braku lepszego określenia, ‘klimat’. Duszny, ciężki, słodkawo – mdławo-świdrujący zapach wdzierający się w nozdrza z zaciekłością godną huraganu Katrina. Jeszcze więcej pyłu, i tłumy ludzi. Już przy taksówce, ktoś dziarsko chwycił nasze bagaże i zapakował je do pojazdów, następnie bez krępacji ze świdrującym wzrokiem wyciąga rękę i mówi ‘tip’ . Gdy grzecznie powiedziałem iż nie zaposiadam drobnych, pan rozbrająjąco zaczął mówić ‘can be dollars’, i wyciągnął zwitek zielonych z  kieszeni, żeby zademonstrować. Uciekłem do samochodu zanim zdążył zrobić cokolwiek innego. Ruszyliśmy dziarsko w kierunku Noida Sector 18, Mosaic Hotel, a podczas podróży oczy me otwierały się coraz szerzej,  ze szczerego zdziwienia otaczającą mnie azjatycką rzeczywistością.

Zacznijmy od jazdy samochodem. Oczywiście że słyszałem że tam jest hardkor, ale znowu, słyszeć a przeżyć . Linie oddzielające pasy jezdni, są rzadko, a jak są to i tak są tylko zbyteczną ozdobą. Każdy jedzie jak mu się żywnie podoba, wyprzedza z dowolnej strony, kierunkowskazy są włączane raz na dziesięć skrętów, a do komunikacji wszystkiego służy klakson. Jeżeli dorzucimy do tego ruch lewostronny, to dla przeciętnego człowieka, ten spektakl drogowy będzie prawdziwym danse macabre, zwłaszcza że jesteś w samochodzie i zaczynasz się obawiać czy gdziekolwiek dojedziesz. Cały. Taksówkarz parę razy ledwo minął się z innymi pojazdami, skręcił w ostatniej chwili lądując prawie na barierkach, generalnie adrenalina i siwe włosy. Może być gorzej, na przykład gdy jesteś pieszym. Gdyż albowiem, ciężko tam o chodniki (praca w budowie, sądząc po rozmachu i zapale, pewnie na długie dekady)

chodniki

Chodniki

, piesi aktywnie uczestniczą w ruchu samochodowym, mijając, przechodząc przez jezdnie w dowolnym momencie, idąc dowolnym pasem, generalnie bez zachowania jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Ale ciężko im się dziwić, bo wyjścia innego nie ma, a przechodzenie na ‘przejściach dla pieszych’ nie różni  się absolutnie niczym, od przechodzenia gdziekolwiek – kierowcy i tak i tak mają cie w dupie, i trąbią. Ciągle. Zawsze. Nawet teraz gdy to piszę w hotelowym pokoju słyszę ciągłe trąbienie.

Ale zanim dojechaliśmy do hotelu, mogliśmy zobaczyć co to jest bieda. Prawdziwa bieda. Nie taka w stylu ‘nie stać mnie na nowe ciuchy od dłuższego czasu, i mam stary samochód’.

20141113_110607

Zabudowa typowa

Bieda w stylu ‘mieszkamy w namiotach przy ulicy, żywimy się tym co znajdziemy/wyżebrzemy, i w sumie to jesteśmy na granicy wyczerpania’.

Wszędzie, po drodze niezależnie od lokalizacji można było dostrzec takie obrazki. To naprawdę otwiera oczy, i sprawia że, cytując pozostawioną w kraju niewiastę, ‘docenisz ten los na loterii, jakim było urodzić się białym człowiekiem w Polsce’. Doceniam. A jeszcze nie dojechaliśmy nawet do Hotelu.

Widok typowy

Namioty mieszkalne

Noida dystrykt 18, Mosaic Hotel, okazał się niedużym, sześciopiętrowym przybytkiem, wciśniętym między większy wieżowiec, a okoliczne budynki. Tuż przy wejściu do metra, w samym środku jednego z głównych centrów handlowych, tej pod nowo delijskiej małej 600 tysięcznej miejscowości.

mosaic hotel

Mosaic Hotel, widok z metra

Pomijając intensywny zapach odświeżacza w holu, delikatną wilgoć pokoju, hotelik jest raczej znośny. W końcu ma cztery gwiazdki (trip advisora ;p).
Po krótkiej drzemce, wyruszyliśmy we dwóch z Krzyśkiem w poszukiwaniu sklepu spożywczego, celem nabycia jedzenia i picia.
Chaos panuje wszędzie dookoła, ludzie, riksze, samochody i tuk-tuki, zmierzają bezustannym ciągiem w każdym możliwym kierunku.

Pierwsze przejście przez duże skrzyżowanie, jest emocjonującym doznaniem, przyprawiającym o solidne palpitacje. Dookoła stragany i sklepy z żywnością, ciuchami i elektroniką,

Samsung byłby dumny

Samsung byłby dumny

warsztaty samochodowe i wszystko co przyjdzie do głowy. Oczywiście bez chodników i z wszech ogarniającym brudem i smrodem, dziurami i prowizorycznymi kładkami nad kanalikami, które robią za śmietniki i rynsztok.

Święte Krowy

Święte Krowy 🙂

Budowa

Plac budowy, widok typowy

W gigantycznym, acz dość obskurnym centrum handlowym (TGP), do którego żeby wejść trzeba przejść przez wykrywacz metalu i małą kontrolę, znaleźliśmy wszystko oprócz alkoholu. Był nawet pan który wciskał przyciski w windzie.

Centrum Handlowe

The Great India Place

Przeszliśmy okolicę hotelową wzdłuż i wszerz, aby ostatecznie odnaleźć mały, zapyziały, sklepo-bar (sklep w założeniu, obskurny bar z wyglądu) w którym alkohol jest w lodówkach, a panowie za wysokimi ladami prowadzą szemraną sprzedaż. Gdy radośnie poprosiłem dwa piwa, nie usłyszawszy dobrze ceny, dałem panu 100 rupii, a on wyciągnął mi kalkulator i pokazał niewyraźnie wymawianą cenę : 450 rupii. Jakieś 25 zł. Za dwa piwa. W sklepie. Jedynym w okolicy. Szybko wyrwałem moje 100 rupii z ręki osłupiałego pana, i oddaliliśmy się nie rozumiejąc co właściwie zaszło.
Po głębszych poszukiwaniach internetów, okazuje się że w Indiach panuje co najmniej mentalna prohibicja na alkohol, sklepów jest mało, są poukrywane wstydliwie w dziwnych miejscach, a alkohol to towar wręcz luksusowy. Nie dziwota że taksówkarz proponował ‘indian cloud’.

Pokonani przez system rozeszliśmy się do pokojów. W ramach obiadu, i stopniowego przyzwyczajenia flory bakteryjnej jelit do lokalnego pożywienia, zjadłem trochę pringelsów i udałem się na zasłużony odpoczynek.  Jutro do pracy, rodacy.