Do Jaipuru ! Chokhi Dhani !

22.11.2014

Sobota – do Jaipuru !

Gdy nagle obudziłem się w środku nocy, miałem jedno pragnienie: błagam jeszcze choć godzinka. Szybkie zerknięcie na zegarek:  5.15, za 5 minut zadzwoni budzik. Trzy godziny snu, to będzie długi i ciężki dzień. O 6.30 podjechał umówiony na 6.00 kierowca wraz z samochodem. Auto takich samych gabarytów jak to który jeździmy do biura, czyli nasza szóstka się wciśnie, ale lepiej bez bagaży. Gdy rozlokowaliśmy się, walcząc o jak najlepsze miejscówki, szybko przestałem myśleć czego półprzytomny zapomniałem podczas pakowania, i próbowałem odzyskać trochę energii zapadając w drzemkę. Gdy reszta ekipy zwiedzała stację benzynową składającą się z dystrybutorów i stolika robiącego za kasę,  fotografowała  wnętrza ciężarówki, ja byłem świadkiem jak Mahatma Ghandi  mieszkający w hotelu, dogaduje się z Brazylią aby zacieśnić współpracę miedzy ich krajami. Podobno lek przeciw malarii może powodować dziwne sny. Jakby kiedykolwiek sny były normalne.

Ciężarówka, w tle biuro

Stylowa ciężarówka, w tle biuro

W okolicach 9.00, kiedy  powoli wracała mi świadomość, mogłem zacząć obserwować drogę. Z Noidy, gdzie mieszkamy, do Jaipuru jest niecałe 300 km, a plan podróży zakłada jakieś  6 godzin, mimo jazdy przez większość trasy autostradą  National Highway 8. Teraz mogliśmy zrozumieć dlaczego.  Autostrada w rozumieniu hinduskim, jest jak w wszystko inne w rozumieniu hinduskim, czyli inne. Linie oddzielające pasy, były sporadyczne, i tak i tak nie przestrzegane. Głównymi pojazdami poruszającymi się, były zdezelowane, pomalowane w kolorowe acz wyblakłe wzorki, obwieszone frędzelkami, wszechobecne ciężarówki TATA Motors.

National Highway 8

National Highway 8

 Jazda nadal przypominała wolną amerykankę. Znów ciągłe trąbienie, mruganie światłami gdy ciemno, wyprzedzanie z lewej, z prawej, częściowo poboczem. Pojazdy jadące poboczem pod prąd, i przechodzący w dowolnym miejscu ludzie.  Przy czym mówiąc pobocze, mam na myśli hinduski rodzaj pobocza, czyli koniec asfaltu i piach.

Kiedy oswoiliśmy się z jazdą samą w sobie ( o ile można się z nią w ogóle oswoić), mogliśmy zacząć obserwować mijane krajobrazy. Droga zdawała się, jak kiedyś rzeki, przyciągać ludność która się z niej wyżywi.  Warsztaty samochodowe, restauracje, pojedyncze stanowiska z jedzeniem, sklepy i sklepiki ciągną się przez większość czasu.

Restauracja

Restauracja

Z rzadka przydrożny teren jest zupełnie nie zabudowany i widać poletko uprawne przy chatach ze słomy i błota. Gdy  zbliżaliśmy się do miejscowości, gęstośc przydrożnej zabudowy rosła drastycznie. Cała architektura przypomina taką jaką można by sobie wyobrazić w świecie post-apokaliptycznym. Bez ładu i składu, bez żadnego planu, często budowane z dostępnych aktualnie materiałów, które później nie wytrzymują pod naporem czasu. Wszystko jest prowizoryczne, jak cegły – to z zaprawy która sprawia że za chwile odpada ściana, poza tym dykty, płachty, i co komu wpadnie w rękę. Jeżeli chcielibyście zobaczyć jak wyglądał by świat Mad Maxa – to jest to miejsce. Troszkę przerażające, zwłaszcza jak zauważysz gdzieniegdzie rozwalone  przy drodze samochody, których miejscowi nie zdążyli jeszcze zutylizować.

TATA Motors

TATA Motors

Powietrze było w końcu relatywnie czystsze. Góry które zaczęły pojawiać się na horyzoncie, nadały trochę uroku otaczającemu krajobrazowi. Z czasem zaczęliśmy zauważać wielbłądy wykorzystywane do ciągnięcia wózków, a już tuż przed samym Jaipurem w oczy rzuciło się stado małp, obok którego radośnie przebiegała gromadka dzikich świń.  Gdy minęliśmy powolnie maszerujące słonie z ładunkiem na grzbiecie, wiedzieliśmy że jesteśmy na miejscu.

Teraz trzeba by zacząć zwiedzać. O ile mieliśmy listę obiektów przekazaną nam przez biurowych znajomych, o tyle nasz kierowca przewodnikiem wycieczek nie był. Jeżeli dołożyć do tego zdolności komunikacyjne angielskiego na poziomie wypowiedzenia pięciu słów, i rozumieniu słów dziesięciu to może być interesująco.

Fishi

Fishi

Na szczęście pierwszy obiekt, znajdował się tuż przy wjeździe do miasta. Zaparkowaliśmy na początku deptaka wzdłuż jeziora, z którego można obserwować Jal Mahal – pałac na wodzie. Choć właściwie najpierw podeszliśmy do brzegu, gdyż odbywał się tam niecodzienny spektakl. Grupka Hindusów wrzucała jakiś rodzaj karmy, który wyglądał jak mąka, do kotłującej się od ryb wody. Ilość ryb i ich zawziętość w zdobywaniu pokarmu, była niesamowita, a gdy dołożymy do tego że niektórzy hindusi stawali nad brzegiem i się modlili, widok był co najmniej specyficzny. Trochę czasu minęło nim w końcu zaczęliśmy spoglądać w stronę pałacu, i przestaliśmy próbować zrozumieć o co chodzi. Budowla  w sumie ładna, jak już przeszedłeś slalomem między sprzedawcami turystycznych pierdół, i stanąłeś w dobrym punkcie widokowym. Pewnie gdybyśmy mogli podpłynąć bliżej zrobiłby lepsze wrażenie. Albo gorsze. Szybkie fotki, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy dalej, do kolejnego obiektu – Hawa Mahal.

Jal Mahal

Jal Mahal

Wjechaliśmy głębiej w miasto, które nie było aż tak brudne,aż tak zanieczyszczone, zakurzone i zaśmiecone jak Nodia czy Delhi, ale nadal zdecydowanie było.

20141123_150514

Johari Bazar

Wjechaliśmy w ulicę po której obu stronach znajdowały się rzędy budynków w tym samym różowawo-pomarańczowym kolorze, a w nich głównie sklepy z biżuterią, ciuchami i innymi zbędnymi pierdołami. Dopiero na drugi dzień zorientowaliśmy się iż to również cel naszej wycieczki – Johari Bazar oraz cała dzielnica Pink City zawdzięczająca nazwę być może kiedyś ładnie różowemu zabudowaniu.

Hawa Mahal

Hawa Mahal

Tam, wciśnięta między pozostałe budynki stała fasada Hawa Mahal, Pałacu Wiatrów. Zbudowana w 1799 roku, aby panie szlachetnie urodzone, nie obcujące z plebsem, mogły przez 953 okienka, obserwować jak plebs obcuje. Turystyka nie jest jeszcze na najwyższym poziomie tak jak i oznaczenia turystyczne, dlatego stojąc przed obiektem, zanim znaleźliśmy wejście, musieliśmy  pokręcić się dookoła, pokonać barierę ze sprzedawcy srebra, sprzedawcy ciuchów, i ze 2 przewodników którzy wzięli nas za Rosjan i koniecznie chcieli oprowadzać. Za 50 rupii kupiliśmy bilet tylko do tego przybytku, zamiast za 400 łączony i weszliśmy do środka.

DCIM102GOPRO

Podglądanie ulicznych festynów musiało być rzeczywiście całkiem zabawne, ale zrobienie do tego całej budowli wydaje się lekką przesadą, zakładam że ważniejszy był efekt chłodzenia wlatującym przez okienka wiatrem. Wróciliśmy do samochodu i zakrzyknęliśmy : City Palace! Pod City Palace zobaczyliśmy cenę w okolicach 2400 rupii i zakrzyknęliśmy : Zdzierstwo! I tak bez głębszej analizy zrezygnowaliśmy pewnie z jednego z ładniejszych obiektów. Nie tracąc czasu poszliśmy do kolejnego obiektu, który nie mieliśmy pojęcia czym jest właściwie : Jantar Mantar. Znowu błądziliśmy 20 minut, zanim udało się dotrzeć do wejścia. Bilet tym razem 200 rupii, łączony nadal 400. Poszliśmy w oszczędności i kupiliśmy drugi. Na pierwszy rzut oka, dla niewtajemniczonych, Jantar Mantar okazał się być snem niedorozwiniętego architekta. Po inspekcji inskrypcji przy obiektach, okazał się że to jednak dowody na wysoko rozwiniętą wiedzę astronomiczną Hindusów.

Jantar Mantar

Jantar Mantar

Obiekty do badania ruchu planet, księżyca, generalnie różnych ciał niebieskich, faz słońca w różnych miastach i jeden gigantyczny zegar  słoneczny. Zegar potrafiący wskazać czas z dokładnością co do dwóch sekund ! Nie wiem tylko po co, skoro dokładność do dwóch godzin w Indiach wystarczy. Obeszliśmy przyrządy astronomiczne wzdłuż i wszerz, poleżeliśmy na trawce, pokarmiliśmy wiewiórki i sami  zgłodnieliśmy. Zahaczyliśmy jeszcze o Central Museum Jaipur. Muzeum było bardzo ładnym budynkiem z zewnątrz, choć bardzo przez gołębie naznaczonym. W środku natomiast, było jak wszystkie muzea na całym świecie, więc o zgrozo, to ja musiałem przekonywać lud abyśmy weszli zobaczyć co jest na piętrze. Nie udało mi się, ale na szczęście innej drogi do wyjścia nie było.

Central Museum Jaipur

Central Museum Jaipur

Wyszliśmy i nie nauczeni doświadczeniem poprosiliśmy naszego kierowcę o zawiezienie pod niedrogą knajpę. Zawiózł nas do przybytku o cenach zbliżonych do knajpy dla turystów z New Delhi. Tylko że ta wyglądała zdecydowanie gorzej. O dziwo jedzenie smakowało lepiej, choć wielkość porcji rozczarowała, a już wielkość naana zakrawała na kpinkę i parsknięcie. Następnie w planie był wymieniony wcześniej Johari Bazar, po którym spacerowaliśmy zupełnie tego nie świadomi, natomiast na przeszkodzie stanęła bariera komunikacyjna. Kierowca próbował nam coś przekazać, związanego z czasem, z naszymi planami i ostatnim punktem wycieczki na dziś. Po kilku minutach gestykulacji, próbach komunikacji nie werbalnej, zrozumieliśmy chyba że na bazar  już za późno, teraz powinniśmy zameldować się w hotelu i ruszyć do wieczornej kulminacji w  Chokhi Dhani ! Droga do hotelu nie wymagała by dodatkowej wzmianki, gdyby nie fakt, że tym razem bardzo wyszło, że kierowca nie zna miasta. Jaipur nie okazał się Kazimierzem Dolnym, jak sobie wyobrażałem, w słodkiej geograficznej ignorancji. Kręciliśmy się w kółko, co chwila pytając panów tuktuków, przechodniów, kierowców,  o drogę. Każdy żywo gestykulował, potakiwał i wskazywał inny kierunek. To samo rondo objechaliśmy ze trzy razy z każdej strony. Po kilkudziesięciu minutach, zmęczeni dotarliśmy do hotelu, o którym nikt z pytanych po drodze nigdy nie słyszał. Szybka rejestracja i ruszamy dalej. Wróć. Przymiotnikiem szybko, w Indiach szafować nie wolno. Każdy musiał dać paszport do skserowania (Krzysztof nie wziął paszportu, więc od spania na dworze uratowało go posiadanie zdjęcia owego na telefonie), napisać swój adres z Polski(nijak nie do potwierdzenia tutaj), i jeszcze podpisać się w księdze gości jak już pan pieczołowicie wszystko wypełni. Cała operacja trwała kolejne kilkadziesiąt minut, które skutecznie wyczerpywały moją cierpliwość. W końcu po wszystkich perypetiach, ruszyliśmy kilkanaście kilometrów za miasto do legendarnego Chokhi Dhani które wynagrodzi trudy dnia dzisiejszego. Kiedy tam zmierzaliśmy, to w dużej mierze, we wszystkich miejscach w Jaipurze, nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać. Ja na pewno, nie mogłem się doczekać. Gdy wspominali o tym miejscu biurowi koledzy, oczy świeciły im się jak mi na wspomnienia pierwszych prezentów pod choinką. Z ożywieniem i synchronicznie jak surykatki kiwali na boki głowami, i wszyscy zgodnie powtarzali że musimy tam pojechać. Miało to być super tradycyjne radżastańskie miejsce, z genialnym jedzeniem, i wieloma innymi atrakcjami. W sumie nie potrafili do końca wyjaśnić co to, a i my w internetach komórkowych niespecjalnie byliśmy w stanie doczytać.

Wysiedliśmy z samochodu daleko od wejścia, gdyż zaczęły się korki przy ogromnym parkingu. Wszyscy zmierzali tam gdzie my. Na wejściu kupiliśmy bilet na jedzenie kuchni lokalnej za 500 rupii, zamiast za 800 na kuchnię, jak zrozumieliśmy, multikulti. Przekroczyliśmy bramy i znaleźliśmy się w  środku.

Otwarta przestrzeń pod gołym niebem, klimatycznie oświetlona setkami lampek, na pierwszy rzut oka robi bardzo przyjemne wrażenie. W prawo chyba jedzenie, a w lewo ‘Artist Village’. Postanowiliśmy wzmóc apetyt i najpierw ruszyć w wioskę artystów.

20141122_192432

Balance

20141122_210955

Też wam będziemy robić zdjęcia

Młode dziewczyny w tradycyjnych strojach pokazujące kunszt noszenia na głowie piramidki z garnków. Dziewczynka na oko może dziesięcio letnia, która wyginając swoje stawy, ze związanymi na plecach rączkami, chwytała  położoną w niewygodnym miejscu szmatkę. Chwytała ją zębami, wyginając śmiało ciało, w sposób który bolał od patrzenia. Był jeszcze pan spacerujący na linie. Generalnie ciekawie, choć nie potrafiłem uciec od wrażenia że te dzieci nie są zachwycone wykonywanymi zajęciami. Wszechobecne tabliczki o nie dawaniu tipów, nie powstrzymywał od wręczania drobnych. Im  dalej szliśmy, tym robiło się dziwniej. Prawie rozjechani przez rydwan ciągnięty przez byki, ruszyliśmy zjeść. Po drodze mijaliśmy jeszcze miejsce z przejażdżką na słoniu, a w miedzy czasie mijał nas wielbłąd na którym co chwila pan prowadził inne osoby.  W miejscu jedzenia oddaliśmy uprzednio zakupione bilety, wzięliśmy tacki i ruszyliśmy nakładać .

Dania Chokhi Dhani

Dania Chokhi Dhani

Na początku były dzbany z potrawami do samodzielnej obsługi, a później podchodziło się po kolei do osób, które wydawały następne rzeczy. W tle było widać małoletnich kucharzy, którzy przygotowywali dania w sposób tradycyjny. Nie różniło się wiele od tego co widać codziennie na ulicy. Nie czytawszy jeszcze dobrze w hindi, najwięcej nałożyliśmy sobie sosów które są tylko dodatkami. Na pozostałe jedzenie nie zostało dużo miejsca. Zjedliśmy przy stołach przyodzianych w ceraty, siedząc na plastikowych krzesłach. Styl radżastański. Okazało się iż nasze wyobrażenie o bilecie który zakupiliśmy był błędny. To nie było różne menu w tym samym miejscu – droższy o 300 rupii bilet oferował wejścia do kilku innych restauracji na terenie obiektu. Na szczęście nie byliśmy już głodni. Zaczęliśmy zastanawiać się jak właściwie określić to miejsce, i czym ono jest. Z opowieści Hindusów to powinien być raj utracony, a właściwie odnaleziony. Jak dla mnie, to ordynarny, popularny w USA, ‘theme park’ czyli tematyczny park rozrywki. Im więcej odkrywaliśmy terenu, tym bardziej rozrywka okazywała się kiczowata.

Ssssssnakessss

Ssssssnakessss

Plastikowe ogromne węże, przy siedzisku dla zaklinacza (chyba akurat miał wolne). Im dłużej się kręciliśmy, tym bardziej zastanawiałem się, jak to możliwe że Hindusi mówili o tym z takim rozrzewnieniem. Kiedy przechodziliśmy sztucznymi jaskiniami, przy sztucznym wodospadzie, dotarliśmy do wisienki na torcie. Wielki, plastikowy, kiepsko zrobiony dinozaur, z podświetlonym pyskiem. Nawet nie przypominał żadnego z bardziej znanych i popularnych gatunków, a pewnie miał być Tyranozaurusem Rexem, ale jak wiele rzeczy tutaj, nie wyszło.

Świątynia i strażnik

Świątynia i strażnik

W środku Chokhi Dhani

W środku Chokhi Dhani

Kwintesenscją miejsca był fakt, że po schodkach wspinając się koło plastikowego gada, można było wejść do malutkiej świątyni na szczycie, tylko że trzeba oczywiście zdjąć buty. Święte miejsce. Darowaliśmy sobie ten absurd. W końcu zrozumieliśmy też czemu to miejsce należy odwiedzić wieczorem.  W dzień musi być okropne. Wszystkie niedociągnięcia, plastiki, niedoróbki ukryte przez delikatne oświetlenie, rozproszone przez  mrok i wszechobecny kurz, prawdopodobnie sprawiłyby że delikatne,wrażliwe i miękkie serduszka Hindusów pękły by jak balon od szpilki . Gdy jest ciemniej, trudniej to  dostrzec, a ja nie wiem czy Hindusi tego nie widzą, czy bardzo nie chcą zobaczyć.

Powróciliśmy do hotelu zasmuceni wizją hinduskiego radżastańskiego nieba i w lekkim szoku. Po całym tym zwariowanym dniu, ostrym żarciu, przed położeniem się spać wszystko o czym marzyłem, sprowadzało się do  pysznej, zimniutkiej, cudownie gazowanej  Coca-Coli.
Niestety nasz hotelowy przybytek nie zaposiadał sklepu, można było tylko zakupić butelkowaną wodę. Na szczęście, ku mojej ogromnej radości chłopiec na posyłki  powiedział że kupi. Wydał polecenia drugiemu i ten wstał jak rażony prądem, czekając na pieniądze. Powiedział 80 rupii i zanim wybiegł z moją stówą przypomniałem sobie że oni tutaj często lubią colę zero, light i różne inne dziwne twory. Podkreśliłem więc że chodzi mi o zwyczajną , normalną coca-colę, absolutnie nic innego. Jeden przetłumaczył drugiemu wydając groźne dźwięki, a ja wróciłem do pokoju oczekiwać pysznego wybawienia od trosk.
Po 20 minutach, dzwonek do drzwi, wystrzeliłem jak z procy i dostałem. Ciepłą butlelkę Thumsa Up’a. Mojego prywatnego Chokhi Dhani. Czas spać, jutro pobudka o 6.00 żeby zdążyć na słonie.

Reklamy

1 komentarz do “Do Jaipuru ! Chokhi Dhani !

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s