Obiad czwartkowy

20.11.2014 

Czwartek miał być dniem w którym uda mi się zamieścić wpis z niedzielnej wycieczki po Delhi. Również dniem w którym przekonam ludzi że ich plan, który podstępnie uknuli gdy musiałem pracować, zakładający zrobienie w jeden weekend Agry i Jaipuru, jest najgorszym pomysłem od czasów gdy ktoś kiedyś wymyślił coś takiego jak praca. Skończyłoby się umordowaniem w podróży, nie obejrzeniem połowy obiektów  i niepotrzebną nerwicą.  Planowanie sobie, a życie sobie. Co do wycieczki, to za pomocą małej armii przyjaznych Hindusów z których połowa była z Jaipuru, a druga połowa ma tam rodzinę, przekonałem opornych, że potrzebujemy całego weekendu na tą wyprawę. Zaś co do bloga, to pod koniec dnia pracy, gdy w radosnej atmosferze szykowaliśmy się już do ucieczki z fabryki (fragment konwersacji na komunikatorze – pis. oryg. – przyp. red):

Pawel Jaksim  [13:36]:
 ja che wychodzic
chce wziac juz takse
dajcie mi numer po takse
czy ktos juz dzwonil po takse
 ja chce tas
 e
musze z tad spierdalac

okazało się że mamy poczekać, gdyż jeden z autochtonów chce gdzieś nas zabrać po pracy. Tylko że wyszedł sobie i mamy na niego poczekać. Czekanie rodzi obawy. Z powodu generalnego traktowania czasu przez Hindusów, jako pewnego płynnego eterycznego konceptu, którego nie da się zniewolić na tarczy wskazówek zegara, a na pewno na żadnym elektronicznym wyświetlaczu. Na dodatek nie było nawet wiadomo, czy wszyscy jesteśmy zaproszeni, gdziekolwiek mamy być zaproszeni,  gdyż inicjator zamieszania współpracuje tylko z dwójką z naszej szóstki.

Gdy wrócił za godzinę, okazało się iż rzeczywiście wszyscy jesteśmy mile widziani, na przyjęciu z okazji urodzin jego żony.
W mojej głowie zaświtał szereg myśli. Mogę zapomnieć o blogu na dziś. Nie jestem odpowiednio ubrany. Nie mamy prezentu.Po całym dniu, jeżeli wieczorem będę musiał zdjąć buty w ciasnym hinduskim mieszkaniu, ludzie mogą zacząć umierać.

Na szczęście okazało się że idziemy do przybytku o wdzięcznej nazwie Ancient Grill, i Prashant o 20.00 przyjedzie po nas do biura. Gdy dotarł o  20.40, dwoma samochodami ruszyliśmy na miejsce. Było nam trochę niezręcznie z powodu braku prezentu, ale doszliśmy do wniosku że może my nim jesteśmy, skoro biali bywają okoliczną atrakcją fotografowaną na równi z zabytkami. Na szczęście Vijay, jeden zaproszonych współpracowników, zakupił kwiaty również w naszym imieniu.

Lokal okazał się naprawdę bardzo przyjemnie urządzony, sprawiał wrażenie raczej z wyższej półki, zwłaszcza w porównaniu do około hotelowych ‘restauracji’ szybkiej obsługi w których stołujemy się zazwyczaj. Kucharze umieszczeni za szybą, aby móc obserwować ich zręczną i na pewno higieniczną pracę. Na ścianie wisiała ogromna mapa, która rzuciła nowe światło na geograficzne pojęcie mieszkańców Indii.

Mapa wg. Indian

Mapa wg. Indian

W środku stołu były wnęki na grille, na których kelnerzy przychodzili i dorzucali marynowane kawałki kurczaka i ryby (już gotowe, ale dla podtrzymania temperatury). Obsługa rozdała talerze w zależności od preferecji wege – nie wege. Oczywiście wszyscy hindusi dostali zielone, a my barbarzyńcy, żółte. I zaczęło się wielkie żarcie. Kelnerzy co chwila donosili nam przeróżne kulinarne dziwa, kiedy my testowaliśmy grillowanego kurczaka i rybę.

Grill

Grill

Zaczęli od korzenia lotosu (nawet Hindusi nam nie byli w stanie wytłumaczyć co to jest dokładnie), który smakował obłędnie. Obłędnie. Słodkawo pikantne, lekko chrupiące, niebo w gębie, które zachwyciło nas wszystkich bez wyjątku. Następnie w miarę ostro doprawione roladki z mielonego mięsa baraniego i ser paneer w przyprawach. Kulinarny orgazm nastąpił gdy pan wrzucił na talerz krewetki w słodkim sosie chilli, które smakowały jak nigdy w życiu, a wiem co mówię, gdyż  uważam się za całkiem niezłego krewetkowego kuchcika . Więc gdy pan przyniósł najzwyklejsze na świecie udko kurczaka (które jest chyba głównym mięsem spożywanym przez hindusów), pokazałem grzecznie że podziękuję. Niestety nalegał i zachwalał jakie to pyszne udko jest, więc nie było wyjścia wcisnąłęm to i jeszcze coś dobrego, dziwnego, co chyba było wegetariańskie, o lekko gumowatej konsystencji, ciężko opisać, a zdjęcia nie zrobiłem bo zjadłem zanim pomyślałem.

Kucharze

Kucharze

W między czasie zaśpiewaliśmy lokalne sto lat, a właściwie klaskaliśmy w jego rytm, solenizantka próbowała zdmuchnąć samozapalające się ponownie świeczki z tortu, a kelnerzy nadal biegali  wtem i  z powrotem zarzucając nas pysznościami. Kiedy byliśmy już dość pełni, Prashant uroczo oznajmił żebyśmy się przypadkiem nie przejadali, bo to są tylko przystawki. Rychło w czas. Szczęki opadły nam z kolei do ziemi, gdy pan z obsługi przyszedł i  spytał ‘Shall we repeat the starters ?’. Jasne, let’s have first sex again. Powstrzymałem się od głośnego komentarza, gdyż hindusi mimo wymyślenia seksualnej akrobatyki, są chyba dość pruderyjni. Gdy wygoniliśmy kelnera z absurdalnym pomysłem zamiany nas w tuczniki, wstaliśmy i poszliśmy po danie główne. Okazało się ono bufetem, pod szybami gdzie pichcą kucharze. Od lewej do prawej, wybory dań wegetariańskich i nie wegetariańskich, z kuchni nie tylko indyjskiej. Od wegetariańskiego zielonego tajskiego chili, po różne wersje ryżu z dodatkami, przez paneer w masali, do mojej ukochanej baraniny w pikantnym sosie. Była jeszcze ryba i kurczak w przyrządzone w stylu azjatyckim, plus kilka innych dań wegetariańskich których nazw nie szło spamiętać. W stronę zup i baru sałatkowego nawet nie spojrzałem.

Zestaw dań głównych

Zestaw dań głównych

Nałożyłem po niewielkiej łyżeczce prawie wszystkiego i oddałem się masakrowaniu resztki z mojej dobrej formy fizycznej, oraz dalszemu rozciąganiu żołądka.

Dania główne były równie pyszne co przystawki. Ubabrałem się obgryzaniem kości z  baraniny (mięso w Indiach jest praktycznie zawsze z kością, chyba że napisano wprost, że jest inaczej), a później przez chwilę zostałem niańką 1,5 rocznego małego urwipołcia, aby odciążyć solenizantkę i Prashanta.

Denis Rozrabiaka

Denis Rozrabiaka

Zadanie miało być proste, bo dzieciak powinien już zasypiać, ale zamiast być półprzytomnym, tryskał energią jak Wezuwiusz lawą. Za główny cel postanowił  zrobić sobie krzywdę. Rozpędzał  się w swoich świecących cichobiegach, i próbował uderzyć w znajdujące się przed nim przedmioty. Na szczęście, zazwyczaj trafiał w nogi przechodzących kelnerów, którzy w miarę zręcznie uskakiwali. Mimo usilnych prób zrobienia sobie kuku, przez dłuższy czas udawało mu się pozostać w całości, do momentu gdy w  końcu z sukcesem i solidnym impetem pacnął plackiem na ziemię. Jego niechybnie nadchodząca erupcja płaczu, pozbawi mnie kompetencji niańki, i popsuje dobre  międzynarodowe polsko-indyjskie stosunki. Po błyskawiczny podniesieniu brzdąca z podłogi (może nikt nie zauważy), okazało się iż ciemniejsza glina z której są ulepieni, jest również bardziej wytrzymała, więc uśmiechnął się tylko szczerząc ząbki i pobiegł w przeciwnym kierunku szukać dalszych zderzeń.

Desery, deserki

Desery, deserki

Z radością oddałem go pod opiekę papie (jak wołał maluch), i poszedłem nałożyć sobie desery bo przecież jak to tak, bez deserów skończyć grilla. Pyszne ociekające wszechobecnym tłuszczem, i bardzo słodkie indyjskie i nie tylko przekąski, sprawiły iż moja wizja powrotu  w wersji fit, zaczęła się oddalać bardzo szybko.

Na koniec grupowa fotka, i można uciekać do hotelu. Na zewnątrz, z powrotem w szarej i brudnej rzeczywistości, atakowani przez bezdomne psy i dzieci, zostaliśmy zaproszeni na skosztowanie lokalnej zakąski paan, która ma poprawić trawienie, i pozwolić nam zasnąć bez boleści, oraz nawet odświeżyć oddech. Wszystko na raz. Serwowane z budki przy parkingu, właściwie było by pierwszym jedzeniem prosto z ulicy jakie byśmy zjedli.

Paan

Paan 

Na zielonym liściu, pan zaczął wykładać różne dziwne składniki i przyprawy, ze słoiczków, z pudełeczek, z buteleczek, i nie wiadomo z czego jeszcze. Co gorsza, jeden ze składników przypominał coś, co miało najgorszy smak w Indiach jaki zjedliśmy do tej pory, i czego za żadne pieniądze nie chcieli byśmy spróbować jeszcze raz. Ponieważ nasi gospodarze zjedli swoje porcje, nam pozostało nie popełnić faux pas i mimo obaw, zrobić to samo.

Glup!

Glup!

Liściany zawijas eksplodował atakując kubeczki smakowe z każdej możliwej strony, od słodkiego do słonego, przez ostry, kwaśny, nie opisany, na końcu pozostawiając orzeźwiającą miętę. Nic dobrego, ale w sumie też i nie tak złe, jak początkowo się zapowiadało. Iwonce  nawet smakowało.

Odwiezieni przez gospodarzy do hotelu, pożegnaliśmy się grzecznie ,i ustaliliśmy że chyba będzie trzeba kupić spóźniony prezent urodzinowy w Jaipurze, do którego wybieramy się w ten weekend.

O ile przeżyję dzisiejszą jazdę motorem z Veesheetem.

Reklamy