Sobota – ruszamy w Delhi!

15.11.2014

Pozwolę sobie przeskipować opis piątku w pracy, i przejść do wyczekiwanego przez nas weekendu.

W sobotę postanowiliśmy wstać skoro świt, mimo jet laga, zmęczenia oraz lekkich obaw przed wszelkimi niebezpieczeństwami czyhającymi na białych i o 8.30 wyruszyć ku czekających nas przygodom, w tym jakże szalonym kraju.  Na szczęście, nasz hotel jak wspominałem, znajduje się tuż przy stacji metra, więc ten środek komunikacji, polecany przez tutersów jako bezpieczny i kulturalny, obraliśmy za główną oś naszej podróży.

Metro samo w sobie zdecydowanie zasługuje na oddzielny wpis, który pojawi się prędzej czy później. Później.

Dotarliśmy  (bacznie obserwowani przez wszystkich pozostałych podróżnych, jak murzyni w Warszawie 15 lat temu.) do stacji przy świątyni Akshardham,  która już z daleka robi ogromne wrażenie.

Akshardam, widok ze stacji metra

Akshardam, widok ze stacji metra

Wreszcie poznamy  smak Indii i część ich starej  bogatej kultury. Nasza szóstka zawieziona w dwóch rikszach po 20 rupii (nie pamiętam czy tłumaczyłem przelicznik : odejmujesz zero, dzielisz na dwa i dodajesz trochę = 1,1 zł), dotarliśmy do kolejki do wejścia, która mimo długości tasiemca ludzkiego ruszyła dość sprawnie. I tutaj spotkała nas niemiła niespodzianka. Bardzo niemiła. Przed wejściem na teren świątyni należy zostawić plecaki, aparaty, kamery, telefony, adresy, numery telefonów i numer buta. Pierwsze zdanie na małej ankiecie do wypełnienia brzmiało ‘zostawiasz rzeczy na własną odpowiedzialność’. Które w wolnym tłumaczeniu brzmiało : ‚wydymamy Cię ze wszystkich wartościowych rzeczy i nawet nic nam nie zrobisz’. Po dziesięcio minutowej dyskusji, oszacowaniu wartości przedmiotów oraz ryzyka, doszliśmy do wniosku iż pracujący tam hindusi nie będą chcieli zreinkarnować się w nutrie, dokonując aktu kradzieży, i podejmiemy ryzyko. Świątynia jest wielka, i takie też robi wrażenie.
Monumentalna budowla, pięknie rzeźbiona z zewnątrz, z setkami miniaturowych postaci wygrawerowanymi w kamieniu,ogromne posągi, no cuda na kiju. Można poczuć ogrom historii inidii, poczuć powiew prawdziwego orientu i konstatować jak nisko musiała upaść ichnia cywilizacja, od czasów gdy wielcy budowniczy stworzyli takie cudo.

Akshardam, plakat w metrze

Akshardam, plakat w metrze

Gorzej, że żeby wejść na główny teren, oraz do środka, trzeba zdjąć buty. Ale i to higieniczne ryzyko podjęliśmy dziarsko (ja boso – bardziej, inni w skarpetkach – mniej), licząc że świątynia wewnątrz będzie równie piękna jak na zewnątrz, i wynagrodzi ewentualną śmierć lub amputację. I rzeczywiście, wnętrze świątyni jest równie wspaniałe i zapierające dech w piersiach. Idealnie rzeźbione setki przeróżnych figurek bóstw na  ścianach, wielki posąg buddy, oraz mniejsze posągi mniejszych bóstw, wszystko cudownie szczegółowe, aż trzeba sobie przypominać o zamykaniu rozdziawionej buzi.Wczytując się w kupiony za 5 rupii mini przewodnik, dotarłem do informacji która niestety zburzyła misterną konstrukcję w mojej głowie. Świątynię zbudowano w latach 2000-20005. Można się było domyślić że rzeźby po kilkuset latach tak nie wyglądają, ale człowiek widzi to, co chce zobaczyć.

Na koniec udaliśmy się do food courtu, aby podjąć pierwsze kulinarne ryzyko  i zjeść nie restauracyjne cokolwiek. Poszedłem na pierwszy ogień i 20 rupii zainwestowałem  w 2 samossy, czyli nadziewane warzywami pierożki smażone na głębokim oleju, podane z ostrym sosem. Były smakowite, i kolejne jedzeniowe obawy powoli zaczęły opadać jak tutejszy kurz. Odebraliśmy nasze nietknięte pakunki, zbesztaliśmy się za brak zaufania, i ruszyliśmy ku stacji Rajiv Chowk. Tam mieliśmy się przesiąść do żółtej linii metra, oraz zachęceni przez indyjskiego odpowiednika  szefa naszego szefa, wyjść na zewnątrz i zobaczyć, bo podobno ładnie.
Na zewnątrz nic ładnego nie było, i w oczy się nie rzucało. Oprócz nas, gdyż wyglądaliśmy na bardzo bezcelowe osoby, a to nie jest najlepszy pomysł, gdyż to takich osób szukają z kolei osoby celowe.
Krzysztofa aka ‘Niemca’ zaczepił przemiły hindus i poinformował iż powinniśmy udać się do oficjalnej informacji turystycznej, wskazał kierunek , i podkreślił aby to była ‘ta druga z niebieskim szyldem, a nie ta pierwsza z szyldem czerwonym’. Doprecyzował iż on nam każe iść do oficjalnej, a ta po drodze jest komercyjnym biurem turystycznym które chce nas oszukać. Wiedzeni radą miłego pana, dotarliśmy do lokalu. Tam przemiły pan spytał co robimy, gdzie chcemy jechać, i czy zamierzamy zrobić tzw. Golden Circle (New Delhi – Agra – Jaipur). Po usłyszeniu odpowiedzi twierdzącej, zanim się zorientowaliśmy, wystosował nam ofertę przejazdu, noclegu, zwiedzania i powrotu. Po okazyjnej cenie 4500 rupii od osoby, musimy zarezerwować najlepiej już teraz bo później będzie problem z miejscami, zaraz nam wszystko wypisze. Właściwie to pan mnie kupił, ale na szczęście część wycieczki zachowała zdrowy rozsądek i postanowiliśmy to przedyskutować. Gdy zaczęliśmy wychodzić okazało się iż ta bardzo rewelacyjna cena 4500 rupii może zamienić się w 4000 rupii, wystarczy że zapłacimy już, już teraz. To tylko przekonało nas o słuszności tymczasowej ewakuacji. Dla sprawdzenia weszliśmy do drugiego przybytku, w którym jeszcze bardziej przemiły pan stwierdził że oni też są oficjalni i zatwierdzeni przez rząd hinduski. Ten był dużo bardziej godny zaufania, mniej napastliwy, i sprawiał wrażenie dużo bardziej profesjonalnego naciągacza. Zaoferował nam ten sam  samochód, inny chotel i cenę koło 5000 rupii, którą można zbić do 4500 wybierając trochę gorszy hotel. Spytał nawet o narodowość, wyciągną gruby zeszyt A4 i pokazał wpis po polsku jakiegoś pana Zenka, który bardzo wylewnie, bo na całą stronę opisał wycieczkę i dziękował, bo bardzo dobrze się bawił. Na koniec spytałem jeszcze o koszt wynajęcia samego samochodu z kierowcą – wyszło 3200 rupii. Chyba trochę dużo, albo hotel musi być bardzo tani.
Nie długo po wyjściu zaczepił nas kolejnymiły pan, który był w pierwszym przybytku, zaoferował pomoc w dobraniu taniego tuk-tuka, a następnie stwierdził że z chęcią zabierze nas do swojego sklepu z kaszmirem.

Kaszmir szop

Kaszmir szop

Jako że kaszmir, najważniejsze kobiety w moim życiu odmieniały przez wszystkie przypadki, nie było innego wyjścia jak pójść za nim. Weszliśmy po schodkach na piętro gdzie w sumie trzech panów  opatulało dziewczęta w zwiewne szmatki,

Asia w Sari

Asia w Sari

Iwona w Sari

Iwona w Sari

prezentowało cudowne materiały i generalnie robili wszystko to co prawilni sprzedawcy powinni robić. Gładko od prezentacji, przeszli do interesów i zaczęli pytać, które się podobają i które bierzemy. Zaprezentowali płynne przejście cenowe od 800 rupii za podstawowe Sari, poprzez 2000 za małe kaszmirowe szaliczki, do 4500 za lepsze Sari, zanim zdążyliśmy przerwać. Na szczęście mając świadomość bycia przekazywanym z rąk do rąk towarem, uruchomiwszy zakopane pokłady asertywności wydostaliśmy się ze sklepu, ku zawiedzionym minom uprzejmych sprzedawców. Postanowiliśmy wrócić do metra i ruszyć dalej. Po drodze do stacji, zaczepił nas tylko jeszcze miły pan, żebyśmy poszli do oficjalnej informacji turystycznej dwie ulice dalej …

Gdy wysiedliśmy na docelowej stacji Chandni Chowk, skąd mieliśmy dotrzeć do Red Fortu, okazało się że do tej pory nie było wcale aż tak dużo ludzi. Dopiero tutaj przekonaliśmy się co znaczy prawdziwy chaos. Chaos. Z ulgą więc przyjęliśmy więc ofertę namolnego pana rikszarza, który za 50 rupii (od osoby), wraz z kompanem obwiezie nas po Spice Markecie, Meczecie Jama Masjid i docelowym Red Forcie.Szofer na dziś

Pan nieźle szprechał po angielsku, a jego główną powtarzaną sekwencją było iż ‘ to jest jego praca, i jeżeli stwierdzimy że była warta jedną rupię, to on ją przyjmie z radością, a gdy stwierdzimy że 100, 1000 albo 1000 0000 rupii to też przyjmie je z radością’. Nie wątpię.
Tutaj zobaczyliśmy prawdziwe, stare Indie. Old Delhi okazało się przyćmiewać wszystko co widzieliśmy do tej pory, jeśli chodzi o ścisk, ruch, rozpieprzoną infrastrukturę i ogólnie panującą atmosferę gorączki.

Znajdź małpę na obrazku

Znajdź małpę na obrazku

Wąskie uliczki, ze zwisającymi wszędzie kablami instalacji elektrycznych, po których czasem przechadzają się małpy. Wszędobylskie dzikie psy, morze ludzi płynące w każdym kierunku, intensywny zapach przypraw przyprawiający o kichanie, komunikacyjne pandemonium.

Spice market uliczka

Spice market uliczka

Wszystkie zmysły trzeba było mieć wytężone na 100%. Zwłaszcza gdy nasz miły przewodnik teraz powtarzał z częstotwością co minutę, abyśmy pilnowali kieszeni.

Wąska uliczka

Wąska uliczka

Zostawiliśmy rikszę, i dalej wraz z nim poszliśmy pieszo. Cały ściski który do tej pory wydawał nam się ściskiem, przestał nim być. Zredefiniowaliśmy to pojęcie.

Wąska uliczka

Spice Market

Skryliśmy się w jednym ze sklepów z przyprawami, od którego nasz przewodnik na pewno dostanie gratyfikację za to że nas tam przyprowadził. Dokonaliśmy sporych zakupów różnych przypraw i herbat trenując umiejętności targowania. Nasz męski zespół trzyosobowy zbił z ceny 1650 do 1100 rupii za 4 paczki herbaty i cynamon, czyli i tak i tak zostaliśmy wydymani.

Sklep, Spice Market

Sklep, Spice Market

Następnie wszyscy oprócz mnie weszli zwiedzić mały meczet. Ja zaś, zacząłem rozumieć dlaczego do tej pory byłem jedynym dużym chłopcem na ulicy w krótkich spodenkach. Nasz przewodnik postanowił załagodzić mój ból z tym związany, i zaprowadził nas na dach jednego z budynków. I to był jeden z bardziej fascynujących momentów. Krętymi korytarzami, miedzy straganami z przyprawami, żebrakami, wąskimi schodkami zaczęliśmy wspinać się na górę, aby móc zobaczyć z góry Spice Market, oraz uprzedni meczet. Albo zginąć z rąk bandytów.

Spice Market, pięterko

Spice Market, pięterko

Na szczęście to pierwsze,i zrobiło to na nas ogromne wrażenie, zwłaszcza że bez przewodnika nigdy w życiu byśmy sami tam nie weszli. Kilka samojebek, i czas ruszać dalej ku docelowemu Meczetowi Jama Masjid ( do którego będę mógł wejść, gdyż wstęp płatny, a to niweluje jak wiadomo, boską obrazę gołych łydek) oraz Red Fortowi.

Spice Market, dach

Spice Market, dach

Spice Market, meczet

Spice Market, meczet

Rikszarz wrócił do śpiewki o cenie jego pracy, i postanowił nas wyrzucić już pod Meczetem  (największa sakralna budowla muzułmańska w Indiach), stwierdzając że Red Fort jest tuż za rogiem, i czas zapłacić. Nasza trójka szarpnęła się po 200 rupii od łebka, co sprawiło że tyle samo zaczął wymagać od drugiej rikszy z pozostałą trójką. Zdecydowanie zaprzeczyło to jego wcześniejszym deklaracjom o jednej rupii jako zapłacie która go uszczęśliwi. Do Meczetu nie weszliśmy, gdyż zaraz rozpoczynały się modły. Ruszyliśmy więc z buta do Red Fortu, który nie do końca był zaraz za zakrętem.

Red Fort

Red Fort

Ta fortyfikacja z XVI w. wreszcie była prawdziwym starym zabytkiem. Bez większego szału, ale zawsze coś.

DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO

Zbliżała się godzina zmierzchania, więc pomni ostrzeżeń żeby lepiej po zmroku nie wędrować, postanowiliśmy wrócić do metra. Po spytaniu dwóch kolejnych strażników, z których każdy uprzejmie wskazał inny kierunek, postanowiliśmy zastosować zasadę ostatnie na wierzchu, i ruszyliśmy prosto przez siebie, w morze ludzi. Dotarliśmy znów do Chandni Chowk z której zaczęliśmy przygodę z Old Delhi, z tą różnicą że przyszli tu też wszyscy inni. Ścisk zrobił się jak na koncercie Iron Maiden pod sceną. Nawet gdy nie chciałeś szedłeś, albo stałeś. W zależności od tego co ludzki potwór postanowił z tobą zrobić. O dziwo, udało nam się nawet w miarę sprawnie wejść do wagonów i przejechać do stacji przesiadkowej. Tam, nadal w ścisku zobaczyliśmy osobliwą scenę. Do wagonu wbiegła mała dziewczynka z chłopcem, umorusani, boso, i rzucili się plackiem na podłogę przy przegubie wagonu rezerwując miejsce. Za nimi weszła dalsza część tej zgraji. Kilkoro dzieci, babinka, mama i chyba tata. Generalnie z tych zaczepiających ludzi o pieniądze i wciskający róże za opłatą. Aktualnie mała trenowała na braciszku jak oszukać go na hajsy, w grę zręcznościową.

Połóż pieniążek, a ja Ci go zabiorę

Połóż pieniążek, a ja Ci go zabiorę

Raczej pozostali jadący też byli lekko zdegustowani, gdy mała zajmowała stopami coraz więcej przestrzeni, a w przedziale było dość ciasno. Gdy wstawaliśmy ta przebrzydła cyganka  wskoczyła na moje siedzisko, które udało mi się zdobyć stację wcześniej, i wystawiła swoją najobrzydliwszą na świecie stopę, przeciskając ją między szybą a poręczą próbowała mnie nią zaatakować. To było prawdziwe near death expierience. Na dodatek był to oficjalnie obraźliwy gest, za który powinienem żądać przeprosin. Na szczęście wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i mogłem uciec jak najprędzej.
Gdy wysiedliśmy na naszych rewirach, zrozumieliśmy jak bardzo myliliśmy się co do oceny okolicy naszego hotelu. Dzięki Old Delhi zrozumieliśmy że tutaj nie jest tak źle.

Jutro ruszamy dalej !

Reklamy

India Business Trip

13.11.2014

Kiedy dostajesz propozycję służbowego wyjazdu do Indii nie zastanawiasz się dwa razy. Zastanawiasz się cztery razy. Zwłaszcza gdy w głowie pobrzmiewa  zasłyszane zdanie : „nie warto lecieć do Indii na pierwszą wycieczkę azjatycką, można się bardzo zrazić”. No i przede wszystkim w pracy trzeba tam szkolić hindusów, a każdy kto miał do czynienia z tą jakże pocieszną nacją, wie że może to być zadanie ponad europejską cierpliwość.  Z drugiej strony, kiedyś trafić tam trzeba, więc  lepiej niech zapłaci za to kto inny.

Indie

Flaga Indii

Pomińmy załatwianie wszystkiego na wariata, jak to zazwyczaj bywa w przypadku naszych  tzw. Business Tripów, które sprawiło że udało się nam (w sumie szóstka, miała być siódemka, Gębol tęsknimy) zaszczepić tylko na część zalecanych chorób, i to też tylko częściowo, bo powtórki to możemy sobie zrobić jak już wrócimy do Polandii.

Wizy dostaliśmy w czwartek, Approvale skończyliśmy klepać w piątek, poniedziałek wolne, wtorek 11.11 święto rozpierduchy na mieście, a w środę  lot przez Dubaj.
Podróż odbyła się bez większych niespodzianek, może poza konstatacją iż dla Dubajczyków wyglądam na terrorystę/szmuglera narkotyków, gdyż pierwszy raz w życiu zdażyła mi się taka wnikliwa kontrola. Uprzejmy pan tuż przed wyjściem poprosił paszport, wziął mnie na bok i przetrzepał  plecak do tego stopnia, że wyciągał zwitku kurzu na palcu, obwąchiwał je i zastanawiał się czy nie są narkotykami. Ale oczywiście  ‘this is airport, don’t worry, it’s a typical process’. Szkoda że tylko ja z naszej szóstki byłem taki typowy. Dobrze że nie musiałem kucnąć i kaszlnąć.

lotnisko

Lotnisko

Mniejsza o większość, po ponad dobie nie przespanej o godzinie 9.00 dotarliśmy na lotnisko docelowe w New Delhi. W oczy rzucił się  wyściełający całą podłogę dywan. Poczułem się jakby ktoś powiększył taki przytulny babciny pokój.

Gorzej że po podróży ze zmęczenia wszystko widziałem jak przez mgłę. Jeszcze gorzej gdy okazało się że to nie zmęczenie a wszech ogarniający pył. Wszech ogarniający. W hallu lotniska, w korytarzach i na zewnątrz. No właśnie, na zewnątrz. Każdy kto wybiera się do Indii słyszy że tam jest bród, smród i ubóstwo, więc może się na nie, jako tako, mentalnie przygotować.  Tyle że z rzeczywistością ma to tyle wspólnego co nauka ars amandii za pomocą czytania podręcznika. Rzeczywistość zaskakuje.

Gdy wyszliśmy z ‘zamglonego’ lotniska na zewnątrz uderzył w nasze nozdrza lokalny, z braku lepszego określenia, ‘klimat’. Duszny, ciężki, słodkawo – mdławo-świdrujący zapach wdzierający się w nozdrza z zaciekłością godną huraganu Katrina. Jeszcze więcej pyłu, i tłumy ludzi. Już przy taksówce, ktoś dziarsko chwycił nasze bagaże i zapakował je do pojazdów, następnie bez krępacji ze świdrującym wzrokiem wyciąga rękę i mówi ‘tip’ . Gdy grzecznie powiedziałem iż nie zaposiadam drobnych, pan rozbrająjąco zaczął mówić ‘can be dollars’, i wyciągnął zwitek zielonych z  kieszeni, żeby zademonstrować. Uciekłem do samochodu zanim zdążył zrobić cokolwiek innego. Ruszyliśmy dziarsko w kierunku Noida Sector 18, Mosaic Hotel, a podczas podróży oczy me otwierały się coraz szerzej,  ze szczerego zdziwienia otaczającą mnie azjatycką rzeczywistością.

Zacznijmy od jazdy samochodem. Oczywiście że słyszałem że tam jest hardkor, ale znowu, słyszeć a przeżyć . Linie oddzielające pasy jezdni, są rzadko, a jak są to i tak są tylko zbyteczną ozdobą. Każdy jedzie jak mu się żywnie podoba, wyprzedza z dowolnej strony, kierunkowskazy są włączane raz na dziesięć skrętów, a do komunikacji wszystkiego służy klakson. Jeżeli dorzucimy do tego ruch lewostronny, to dla przeciętnego człowieka, ten spektakl drogowy będzie prawdziwym danse macabre, zwłaszcza że jesteś w samochodzie i zaczynasz się obawiać czy gdziekolwiek dojedziesz. Cały. Taksówkarz parę razy ledwo minął się z innymi pojazdami, skręcił w ostatniej chwili lądując prawie na barierkach, generalnie adrenalina i siwe włosy. Może być gorzej, na przykład gdy jesteś pieszym. Gdyż albowiem, ciężko tam o chodniki (praca w budowie, sądząc po rozmachu i zapale, pewnie na długie dekady)

chodniki

Chodniki

, piesi aktywnie uczestniczą w ruchu samochodowym, mijając, przechodząc przez jezdnie w dowolnym momencie, idąc dowolnym pasem, generalnie bez zachowania jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku. Ale ciężko im się dziwić, bo wyjścia innego nie ma, a przechodzenie na ‘przejściach dla pieszych’ nie różni  się absolutnie niczym, od przechodzenia gdziekolwiek – kierowcy i tak i tak mają cie w dupie, i trąbią. Ciągle. Zawsze. Nawet teraz gdy to piszę w hotelowym pokoju słyszę ciągłe trąbienie.

Ale zanim dojechaliśmy do hotelu, mogliśmy zobaczyć co to jest bieda. Prawdziwa bieda. Nie taka w stylu ‘nie stać mnie na nowe ciuchy od dłuższego czasu, i mam stary samochód’.

20141113_110607

Zabudowa typowa

Bieda w stylu ‘mieszkamy w namiotach przy ulicy, żywimy się tym co znajdziemy/wyżebrzemy, i w sumie to jesteśmy na granicy wyczerpania’.

Wszędzie, po drodze niezależnie od lokalizacji można było dostrzec takie obrazki. To naprawdę otwiera oczy, i sprawia że, cytując pozostawioną w kraju niewiastę, ‘docenisz ten los na loterii, jakim było urodzić się białym człowiekiem w Polsce’. Doceniam. A jeszcze nie dojechaliśmy nawet do Hotelu.

Widok typowy

Namioty mieszkalne

Noida dystrykt 18, Mosaic Hotel, okazał się niedużym, sześciopiętrowym przybytkiem, wciśniętym między większy wieżowiec, a okoliczne budynki. Tuż przy wejściu do metra, w samym środku jednego z głównych centrów handlowych, tej pod nowo delijskiej małej 600 tysięcznej miejscowości.

mosaic hotel

Mosaic Hotel, widok z metra

Pomijając intensywny zapach odświeżacza w holu, delikatną wilgoć pokoju, hotelik jest raczej znośny. W końcu ma cztery gwiazdki (trip advisora ;p).
Po krótkiej drzemce, wyruszyliśmy we dwóch z Krzyśkiem w poszukiwaniu sklepu spożywczego, celem nabycia jedzenia i picia.
Chaos panuje wszędzie dookoła, ludzie, riksze, samochody i tuk-tuki, zmierzają bezustannym ciągiem w każdym możliwym kierunku.

Pierwsze przejście przez duże skrzyżowanie, jest emocjonującym doznaniem, przyprawiającym o solidne palpitacje. Dookoła stragany i sklepy z żywnością, ciuchami i elektroniką,

Samsung byłby dumny

Samsung byłby dumny

warsztaty samochodowe i wszystko co przyjdzie do głowy. Oczywiście bez chodników i z wszech ogarniającym brudem i smrodem, dziurami i prowizorycznymi kładkami nad kanalikami, które robią za śmietniki i rynsztok.

Święte Krowy

Święte Krowy 🙂

Budowa

Plac budowy, widok typowy

W gigantycznym, acz dość obskurnym centrum handlowym (TGP), do którego żeby wejść trzeba przejść przez wykrywacz metalu i małą kontrolę, znaleźliśmy wszystko oprócz alkoholu. Był nawet pan który wciskał przyciski w windzie.

Centrum Handlowe

The Great India Place

Przeszliśmy okolicę hotelową wzdłuż i wszerz, aby ostatecznie odnaleźć mały, zapyziały, sklepo-bar (sklep w założeniu, obskurny bar z wyglądu) w którym alkohol jest w lodówkach, a panowie za wysokimi ladami prowadzą szemraną sprzedaż. Gdy radośnie poprosiłem dwa piwa, nie usłyszawszy dobrze ceny, dałem panu 100 rupii, a on wyciągnął mi kalkulator i pokazał niewyraźnie wymawianą cenę : 450 rupii. Jakieś 25 zł. Za dwa piwa. W sklepie. Jedynym w okolicy. Szybko wyrwałem moje 100 rupii z ręki osłupiałego pana, i oddaliliśmy się nie rozumiejąc co właściwie zaszło.
Po głębszych poszukiwaniach internetów, okazuje się że w Indiach panuje co najmniej mentalna prohibicja na alkohol, sklepów jest mało, są poukrywane wstydliwie w dziwnych miejscach, a alkohol to towar wręcz luksusowy. Nie dziwota że taksówkarz proponował ‘indian cloud’.

Pokonani przez system rozeszliśmy się do pokojów. W ramach obiadu, i stopniowego przyzwyczajenia flory bakteryjnej jelit do lokalnego pożywienia, zjadłem trochę pringelsów i udałem się na zasłużony odpoczynek.  Jutro do pracy, rodacy.