Sobota – ruszamy w Delhi!

15.11.2014

Pozwolę sobie przeskipować opis piątku w pracy, i przejść do wyczekiwanego przez nas weekendu.

W sobotę postanowiliśmy wstać skoro świt, mimo jet laga, zmęczenia oraz lekkich obaw przed wszelkimi niebezpieczeństwami czyhającymi na białych i o 8.30 wyruszyć ku czekających nas przygodom, w tym jakże szalonym kraju.  Na szczęście, nasz hotel jak wspominałem, znajduje się tuż przy stacji metra, więc ten środek komunikacji, polecany przez tutersów jako bezpieczny i kulturalny, obraliśmy za główną oś naszej podróży.

Metro samo w sobie zdecydowanie zasługuje na oddzielny wpis, który pojawi się prędzej czy później. Później.

Dotarliśmy  (bacznie obserwowani przez wszystkich pozostałych podróżnych, jak murzyni w Warszawie 15 lat temu.) do stacji przy świątyni Akshardham,  która już z daleka robi ogromne wrażenie.

Akshardam, widok ze stacji metra

Akshardam, widok ze stacji metra

Wreszcie poznamy  smak Indii i część ich starej  bogatej kultury. Nasza szóstka zawieziona w dwóch rikszach po 20 rupii (nie pamiętam czy tłumaczyłem przelicznik : odejmujesz zero, dzielisz na dwa i dodajesz trochę = 1,1 zł), dotarliśmy do kolejki do wejścia, która mimo długości tasiemca ludzkiego ruszyła dość sprawnie. I tutaj spotkała nas niemiła niespodzianka. Bardzo niemiła. Przed wejściem na teren świątyni należy zostawić plecaki, aparaty, kamery, telefony, adresy, numery telefonów i numer buta. Pierwsze zdanie na małej ankiecie do wypełnienia brzmiało ‘zostawiasz rzeczy na własną odpowiedzialność’. Które w wolnym tłumaczeniu brzmiało : ‚wydymamy Cię ze wszystkich wartościowych rzeczy i nawet nic nam nie zrobisz’. Po dziesięcio minutowej dyskusji, oszacowaniu wartości przedmiotów oraz ryzyka, doszliśmy do wniosku iż pracujący tam hindusi nie będą chcieli zreinkarnować się w nutrie, dokonując aktu kradzieży, i podejmiemy ryzyko. Świątynia jest wielka, i takie też robi wrażenie.
Monumentalna budowla, pięknie rzeźbiona z zewnątrz, z setkami miniaturowych postaci wygrawerowanymi w kamieniu,ogromne posągi, no cuda na kiju. Można poczuć ogrom historii inidii, poczuć powiew prawdziwego orientu i konstatować jak nisko musiała upaść ichnia cywilizacja, od czasów gdy wielcy budowniczy stworzyli takie cudo.

Akshardam, plakat w metrze

Akshardam, plakat w metrze

Gorzej, że żeby wejść na główny teren, oraz do środka, trzeba zdjąć buty. Ale i to higieniczne ryzyko podjęliśmy dziarsko (ja boso – bardziej, inni w skarpetkach – mniej), licząc że świątynia wewnątrz będzie równie piękna jak na zewnątrz, i wynagrodzi ewentualną śmierć lub amputację. I rzeczywiście, wnętrze świątyni jest równie wspaniałe i zapierające dech w piersiach. Idealnie rzeźbione setki przeróżnych figurek bóstw na  ścianach, wielki posąg buddy, oraz mniejsze posągi mniejszych bóstw, wszystko cudownie szczegółowe, aż trzeba sobie przypominać o zamykaniu rozdziawionej buzi.Wczytując się w kupiony za 5 rupii mini przewodnik, dotarłem do informacji która niestety zburzyła misterną konstrukcję w mojej głowie. Świątynię zbudowano w latach 2000-20005. Można się było domyślić że rzeźby po kilkuset latach tak nie wyglądają, ale człowiek widzi to, co chce zobaczyć.

Na koniec udaliśmy się do food courtu, aby podjąć pierwsze kulinarne ryzyko  i zjeść nie restauracyjne cokolwiek. Poszedłem na pierwszy ogień i 20 rupii zainwestowałem  w 2 samossy, czyli nadziewane warzywami pierożki smażone na głębokim oleju, podane z ostrym sosem. Były smakowite, i kolejne jedzeniowe obawy powoli zaczęły opadać jak tutejszy kurz. Odebraliśmy nasze nietknięte pakunki, zbesztaliśmy się za brak zaufania, i ruszyliśmy ku stacji Rajiv Chowk. Tam mieliśmy się przesiąść do żółtej linii metra, oraz zachęceni przez indyjskiego odpowiednika  szefa naszego szefa, wyjść na zewnątrz i zobaczyć, bo podobno ładnie.
Na zewnątrz nic ładnego nie było, i w oczy się nie rzucało. Oprócz nas, gdyż wyglądaliśmy na bardzo bezcelowe osoby, a to nie jest najlepszy pomysł, gdyż to takich osób szukają z kolei osoby celowe.
Krzysztofa aka ‘Niemca’ zaczepił przemiły hindus i poinformował iż powinniśmy udać się do oficjalnej informacji turystycznej, wskazał kierunek , i podkreślił aby to była ‘ta druga z niebieskim szyldem, a nie ta pierwsza z szyldem czerwonym’. Doprecyzował iż on nam każe iść do oficjalnej, a ta po drodze jest komercyjnym biurem turystycznym które chce nas oszukać. Wiedzeni radą miłego pana, dotarliśmy do lokalu. Tam przemiły pan spytał co robimy, gdzie chcemy jechać, i czy zamierzamy zrobić tzw. Golden Circle (New Delhi – Agra – Jaipur). Po usłyszeniu odpowiedzi twierdzącej, zanim się zorientowaliśmy, wystosował nam ofertę przejazdu, noclegu, zwiedzania i powrotu. Po okazyjnej cenie 4500 rupii od osoby, musimy zarezerwować najlepiej już teraz bo później będzie problem z miejscami, zaraz nam wszystko wypisze. Właściwie to pan mnie kupił, ale na szczęście część wycieczki zachowała zdrowy rozsądek i postanowiliśmy to przedyskutować. Gdy zaczęliśmy wychodzić okazało się iż ta bardzo rewelacyjna cena 4500 rupii może zamienić się w 4000 rupii, wystarczy że zapłacimy już, już teraz. To tylko przekonało nas o słuszności tymczasowej ewakuacji. Dla sprawdzenia weszliśmy do drugiego przybytku, w którym jeszcze bardziej przemiły pan stwierdził że oni też są oficjalni i zatwierdzeni przez rząd hinduski. Ten był dużo bardziej godny zaufania, mniej napastliwy, i sprawiał wrażenie dużo bardziej profesjonalnego naciągacza. Zaoferował nam ten sam  samochód, inny chotel i cenę koło 5000 rupii, którą można zbić do 4500 wybierając trochę gorszy hotel. Spytał nawet o narodowość, wyciągną gruby zeszyt A4 i pokazał wpis po polsku jakiegoś pana Zenka, który bardzo wylewnie, bo na całą stronę opisał wycieczkę i dziękował, bo bardzo dobrze się bawił. Na koniec spytałem jeszcze o koszt wynajęcia samego samochodu z kierowcą – wyszło 3200 rupii. Chyba trochę dużo, albo hotel musi być bardzo tani.
Nie długo po wyjściu zaczepił nas kolejnymiły pan, który był w pierwszym przybytku, zaoferował pomoc w dobraniu taniego tuk-tuka, a następnie stwierdził że z chęcią zabierze nas do swojego sklepu z kaszmirem.

Kaszmir szop

Kaszmir szop

Jako że kaszmir, najważniejsze kobiety w moim życiu odmieniały przez wszystkie przypadki, nie było innego wyjścia jak pójść za nim. Weszliśmy po schodkach na piętro gdzie w sumie trzech panów  opatulało dziewczęta w zwiewne szmatki,

Asia w Sari

Asia w Sari

Iwona w Sari

Iwona w Sari

prezentowało cudowne materiały i generalnie robili wszystko to co prawilni sprzedawcy powinni robić. Gładko od prezentacji, przeszli do interesów i zaczęli pytać, które się podobają i które bierzemy. Zaprezentowali płynne przejście cenowe od 800 rupii za podstawowe Sari, poprzez 2000 za małe kaszmirowe szaliczki, do 4500 za lepsze Sari, zanim zdążyliśmy przerwać. Na szczęście mając świadomość bycia przekazywanym z rąk do rąk towarem, uruchomiwszy zakopane pokłady asertywności wydostaliśmy się ze sklepu, ku zawiedzionym minom uprzejmych sprzedawców. Postanowiliśmy wrócić do metra i ruszyć dalej. Po drodze do stacji, zaczepił nas tylko jeszcze miły pan, żebyśmy poszli do oficjalnej informacji turystycznej dwie ulice dalej …

Gdy wysiedliśmy na docelowej stacji Chandni Chowk, skąd mieliśmy dotrzeć do Red Fortu, okazało się że do tej pory nie było wcale aż tak dużo ludzi. Dopiero tutaj przekonaliśmy się co znaczy prawdziwy chaos. Chaos. Z ulgą więc przyjęliśmy więc ofertę namolnego pana rikszarza, który za 50 rupii (od osoby), wraz z kompanem obwiezie nas po Spice Markecie, Meczecie Jama Masjid i docelowym Red Forcie.Szofer na dziś

Pan nieźle szprechał po angielsku, a jego główną powtarzaną sekwencją było iż ‘ to jest jego praca, i jeżeli stwierdzimy że była warta jedną rupię, to on ją przyjmie z radością, a gdy stwierdzimy że 100, 1000 albo 1000 0000 rupii to też przyjmie je z radością’. Nie wątpię.
Tutaj zobaczyliśmy prawdziwe, stare Indie. Old Delhi okazało się przyćmiewać wszystko co widzieliśmy do tej pory, jeśli chodzi o ścisk, ruch, rozpieprzoną infrastrukturę i ogólnie panującą atmosferę gorączki.

Znajdź małpę na obrazku

Znajdź małpę na obrazku

Wąskie uliczki, ze zwisającymi wszędzie kablami instalacji elektrycznych, po których czasem przechadzają się małpy. Wszędobylskie dzikie psy, morze ludzi płynące w każdym kierunku, intensywny zapach przypraw przyprawiający o kichanie, komunikacyjne pandemonium.

Spice market uliczka

Spice market uliczka

Wszystkie zmysły trzeba było mieć wytężone na 100%. Zwłaszcza gdy nasz miły przewodnik teraz powtarzał z częstotwością co minutę, abyśmy pilnowali kieszeni.

Wąska uliczka

Wąska uliczka

Zostawiliśmy rikszę, i dalej wraz z nim poszliśmy pieszo. Cały ściski który do tej pory wydawał nam się ściskiem, przestał nim być. Zredefiniowaliśmy to pojęcie.

Wąska uliczka

Spice Market

Skryliśmy się w jednym ze sklepów z przyprawami, od którego nasz przewodnik na pewno dostanie gratyfikację za to że nas tam przyprowadził. Dokonaliśmy sporych zakupów różnych przypraw i herbat trenując umiejętności targowania. Nasz męski zespół trzyosobowy zbił z ceny 1650 do 1100 rupii za 4 paczki herbaty i cynamon, czyli i tak i tak zostaliśmy wydymani.

Sklep, Spice Market

Sklep, Spice Market

Następnie wszyscy oprócz mnie weszli zwiedzić mały meczet. Ja zaś, zacząłem rozumieć dlaczego do tej pory byłem jedynym dużym chłopcem na ulicy w krótkich spodenkach. Nasz przewodnik postanowił załagodzić mój ból z tym związany, i zaprowadził nas na dach jednego z budynków. I to był jeden z bardziej fascynujących momentów. Krętymi korytarzami, miedzy straganami z przyprawami, żebrakami, wąskimi schodkami zaczęliśmy wspinać się na górę, aby móc zobaczyć z góry Spice Market, oraz uprzedni meczet. Albo zginąć z rąk bandytów.

Spice Market, pięterko

Spice Market, pięterko

Na szczęście to pierwsze,i zrobiło to na nas ogromne wrażenie, zwłaszcza że bez przewodnika nigdy w życiu byśmy sami tam nie weszli. Kilka samojebek, i czas ruszać dalej ku docelowemu Meczetowi Jama Masjid ( do którego będę mógł wejść, gdyż wstęp płatny, a to niweluje jak wiadomo, boską obrazę gołych łydek) oraz Red Fortowi.

Spice Market, dach

Spice Market, dach

Spice Market, meczet

Spice Market, meczet

Rikszarz wrócił do śpiewki o cenie jego pracy, i postanowił nas wyrzucić już pod Meczetem  (największa sakralna budowla muzułmańska w Indiach), stwierdzając że Red Fort jest tuż za rogiem, i czas zapłacić. Nasza trójka szarpnęła się po 200 rupii od łebka, co sprawiło że tyle samo zaczął wymagać od drugiej rikszy z pozostałą trójką. Zdecydowanie zaprzeczyło to jego wcześniejszym deklaracjom o jednej rupii jako zapłacie która go uszczęśliwi. Do Meczetu nie weszliśmy, gdyż zaraz rozpoczynały się modły. Ruszyliśmy więc z buta do Red Fortu, który nie do końca był zaraz za zakrętem.

Red Fort

Red Fort

Ta fortyfikacja z XVI w. wreszcie była prawdziwym starym zabytkiem. Bez większego szału, ale zawsze coś.

DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO DCIM101GOPRO

Zbliżała się godzina zmierzchania, więc pomni ostrzeżeń żeby lepiej po zmroku nie wędrować, postanowiliśmy wrócić do metra. Po spytaniu dwóch kolejnych strażników, z których każdy uprzejmie wskazał inny kierunek, postanowiliśmy zastosować zasadę ostatnie na wierzchu, i ruszyliśmy prosto przez siebie, w morze ludzi. Dotarliśmy znów do Chandni Chowk z której zaczęliśmy przygodę z Old Delhi, z tą różnicą że przyszli tu też wszyscy inni. Ścisk zrobił się jak na koncercie Iron Maiden pod sceną. Nawet gdy nie chciałeś szedłeś, albo stałeś. W zależności od tego co ludzki potwór postanowił z tobą zrobić. O dziwo, udało nam się nawet w miarę sprawnie wejść do wagonów i przejechać do stacji przesiadkowej. Tam, nadal w ścisku zobaczyliśmy osobliwą scenę. Do wagonu wbiegła mała dziewczynka z chłopcem, umorusani, boso, i rzucili się plackiem na podłogę przy przegubie wagonu rezerwując miejsce. Za nimi weszła dalsza część tej zgraji. Kilkoro dzieci, babinka, mama i chyba tata. Generalnie z tych zaczepiających ludzi o pieniądze i wciskający róże za opłatą. Aktualnie mała trenowała na braciszku jak oszukać go na hajsy, w grę zręcznościową.

Połóż pieniążek, a ja Ci go zabiorę

Połóż pieniążek, a ja Ci go zabiorę

Raczej pozostali jadący też byli lekko zdegustowani, gdy mała zajmowała stopami coraz więcej przestrzeni, a w przedziale było dość ciasno. Gdy wstawaliśmy ta przebrzydła cyganka  wskoczyła na moje siedzisko, które udało mi się zdobyć stację wcześniej, i wystawiła swoją najobrzydliwszą na świecie stopę, przeciskając ją między szybą a poręczą próbowała mnie nią zaatakować. To było prawdziwe near death expierience. Na dodatek był to oficjalnie obraźliwy gest, za który powinienem żądać przeprosin. Na szczęście wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i mogłem uciec jak najprędzej.
Gdy wysiedliśmy na naszych rewirach, zrozumieliśmy jak bardzo myliliśmy się co do oceny okolicy naszego hotelu. Dzięki Old Delhi zrozumieliśmy że tutaj nie jest tak źle.

Jutro ruszamy dalej !

Reklamy