Jaipur dzień drugi.

23.11.204

Godzina którą obraliśmy aby wyruszyć rano była obiektem szeroko zakrojonej debaty. Z internetów wynikało że aby zdążyć na słonie, trzeba jak najwcześniej. Chętnych jest jakiś milion osób, a słoni osiemdziesiąt. Wszyscy chcieliśmy się przejechać  na słoniu, i wszyscy chcieliśmy się też wyspać. W końcu wyruszenie o 7.00 i docelowy start na słoniach o 7.30, wydał się optymalnym planem minimalizującym ryzyko, i dającym choć trochę pospać.

Tym razem nie czekaliśmy na Jogiego (Yoghiego?Joghiego?), naszego kierowcę, bo tym razem  spał w samochodzie pod hotelem. Tym razem czekaliśmy na dziewczyny. W końcu gdy skończyły pudrować noski podekscytowani ruszyliśmy. Zastanawialiśmy się czy będziemy pierwsi, czy gdzieś daleko na końcu kolejki i czy w ogóle uda nam się wjechać na słoniu. Lekko zestresowałem się ,gdyż mijaliśmy coś co było drogowskazem do ‘wioski słoni’, ale Jogi zdawał się wiedzieć gdzie jedzie, albo bardzo dobrze udawał. Podjechaliśmy na parking pod zabudowaniami znajdującymi się pod pierwszym celem podróży:  Amber Fortem. Nim się zorientowaliśmy szło przy nas dwóch panów, tłumacząc że jazda słoniem kosztuje 900 rupii dla dwóch osób. Prowadził nas na dziedziniec na którym w rządku ustawiały się już słonie wraz z jeźdźcami. Gdy szliśmy, z za zakrętu za nami, niczym zombie, wynurzyli się podstarzali Amerykanie, lub inni Angole. Byliśmy jednak pierwsi. Perfect timing. Chcieliśmy podejść do czegoś co przypominało biuro, ale pan zaprowadził nas po schodkach prosto na rampę z której się startuje.

Podest startowy

Podest startowy

Zczardżował pieniądze, wcisnął świstek z pokwitowaniem i poszedł dalej. Następnie pojawili się panowie którzy chcieli nam sprzedać turbany, abyśmy wjeżdżając na słoniach poczuli się jak prawdziwy maharadża, i przy okazji niemiłosiernie zapocili głowy. O ile tego natręta udało się jakoś pozbyć, to pan z tandetną koszulką z wyszywanym słonikiem, nie dość że wziął nas za Rosjan, to jeszcze nie chciał się odczepić. Wybawiło nas podjechanie pierwszego zwierzęcia.

Słoń :D

Słoń 😀

Kierowca siedział mu na szyi za głową, a nam przygotowano platformę, na której usiedliśmy jak damy jeżdżące niegdyś konno. Nie da się ukryć że jazda na słoniu jest ekscytująca. Choć mi brakowało dżungli i maczety. Słoń maszerujący po brukowanej jezdni, mijając przechodniów tracił trochę ze swojego majestatu. Mijając pieszych turystów, powinienem czuć się jak maharadża wjeżdżający z pompą do swojego fortu. Nie mogłem przestać się czuć jak turysta, wjeżdżający konnym powozem pod Morskie Oko. Próbowaliśmy ratować swoje sumienie, stwierdzając że maharadża przecież rzeczywiście kiedyś tak wjeżdżał. Owszem, ale nie robił tego kilkadziesiąt razy dziennie, choć może i był tak gruby jak Amerykanie/Anglicy za nami.

Po drodze trzech różnych panów , biegnąc wzdłuż trasy łapało naszą uwagę i robiło zdjęcia. Na koniec wykrzykujac nazwę swoją lub swojej firmy fotograficznej. Przeszkoda do pokonania w drodze powrotnej. Ale na razie wjeżdżaliśmy już na dziedziniec Fortu. Kierowca bezceremonialnie spytał czy się podobało, i nim usłyszał odpowiedź wyciągnął ręce po pieniądze mówiąc, że to na jedzenie dla słonia. Zanim zdążyłem pomyśleć nad tą perfidną i prostacką manipulacją, dostał w sumie 200 rupii. Zanim fort zdążył zrobić na nas wrażenie, zrobiły je małpy. Nie wiem co w nich jest. Ale gdy tylko pojawiając się na horyzoncie odwracają naszą uwagę od wszystkiego, tak jak moje GoPro odwraca uwagę hindusów od wszelkich zabytków. Może to przez to że są takie ludzkie. Rodzina małpek siedział na  balkonie większego budynku.Co pewien czas jedna z nich schodziła i po murze, przed naszymi oczami majestatycznie przebiegała na drugą stronę. Prawie jakby były do tego tresowane. Ale nic nie chciały.

To be, or not to be ...

To be, or not to be …

Kiedy opanowaliśmy już naszą małpofilię, a tak naprawdę ochrona kazała nam zejść z podestu, bo torowaliśmy przyjazd kolejnych osób, mogliśmy się rozejrzeć. Kamienna tablica z napisem o nie dawaniu tipów kierowcom słoni, ukazała się za późno. Na dziedzińcu powoli robiło się tłoczno, gdy docierały kolejne wycieczki. Ruszyliśmy dalej, aby wejść na schody prowadzące do środka. Po drodze znów zatrzymała nas rodzina małp, wyjadająca chyba karmę dla gołębi.

Omomomomom

Omomomomom

Kiedy jeden z niehomosapiens stanął na dwóch łapach i zaczął szczerzyć się złowrogo do Daniela, jeden z hindusów podszedł i bezceremonialnie wcisnął mu (małpie nie Danielowi) w łapkę coś do jedzenia. Małpa zapomniała o bożym świecie, Danielu, i oddał się Konsumpcji. Zupełnie jak ja. Za chwilę ochrona obiektu przybiegła z kijem i przegoniła małpy pozwalając nam ruszyć dalej. Tuż pod samymi schodami podszedł niewysoki starszy pan, o chudej zapadniętej twarzy, z białym zarostem i białymi włosami oraz przenikliwie czarnymi oczami, w których miał jakby tylko ogromne czarne źrenice. Spytał płynnie po angielsku, czy nie potrzebujemy przewodnika. Za dużo widziałem horrorów żeby dać się na to nabrać. Po grzecznej odmowie, pan nalegał tłumacząc że zdecydowanie lepiej zwiedzać to miejsce z przewodnikiem, ale my pomni ostrzeżeń na plakacie policyjnym o nie ufaniu obcym, zostawiliśmy go za sobą. Stał wciąż u stóp schodów, wpatrując się we mnie swoimi świdrującymi oczami, aż zniknęliśmy z pola widzenia.

Amber Fort

Amber Fort

Fort okazał się gigantyczny. Piękne sale gdzie mieszkał władca. Sale dla kobiet. Łaźnie. Sale audiencyjne. Sale jadalne były zaprezentowane, przez przerażające i kiczowate figurki w trakcie biesiadowania.

Klasyk

Klasyk

Plastikowe podróbki jedzenia, jak i wszystko przykryte było solidną warstwą kurzu. Maharadża nie byłby zachwycony. Im dalej zagłębialiśmy się w Amber Fort, tym więcej odnóg się przed nami otwierało. Fort był ogromy, i jak zazwyczaj, nijak oznakowany.

Ul

Ul

Zwiedzaliśmy chaotycznie,  tracąc orientację gdzie jesteśmy. Powoli zbliżała się wizja śmierci głodowej, w jakimś zakamarku gdzie nikt nas nie odnajdzie, albo rozszarpią nas zdziczałe małpy. Może trzeba było wziąć diabelskiego przewodnika. W końcu, zrezygnowani, spytaliśmy o drogę pana ochroniarza/strażnika, który ochoczo oprowadził nas gdzie trzeba, i zgarnął tipa. Uraczyliśmy  się samosami i lurowatą kawą z lokalnej kawiarenki, w której sprawne przyjęcie i wydanie zamówienia, było zdecydowanie ponad kompetencjami obsługi. Zostawiliśmy za sobą Amber Fort i ruszyliśmy w górę muru prowadzącego do dwóch kolejnych fortów.

Długa droga przed nami

Długa droga przed nami

W między czasie dzwonił Jogi. Próbowaliśmy mu powiedzieć gdzie jesteśmy, ale chyba nic z tego nie zrozumiał. Pewnie nie przyszło mu do głowy że będziemy wchodzili dalej pieszo, skoro może nas podwieźć samochodem, i jest zdziwiony czemu tak długo nas już nie ma. Doszliśmy do rozwidlenia dróg które w naszej świadomości prowadziły do dwóch różnych fortów. Wybraliśmy prawą odnogę, która miała zakręcać w lewo do drugiego fortu. Nie zakręcała, a fort okazał się tylko jeden. Nie ten z naszego zbiorczego biletu. Opłaciliśmy za wejście, dodatkowe 50 rupii za kamerę/aparat.  Jaigarh Fort, fort wojskowy, nie był już tak piękny i majestatyczny jak Amber, natomiast roznosił się z niego piękny krajobraz.  Z jednej i drugiej strony na jeziorka, z których niegdyś czerpano wodę i ręcznie wnoszoną ją do fortu. Wreszczcie na całą dolinę, którą okalał mur wychodzący z Jaigarh fortu. Majestatyczny widok żywcem wyjęty ze świata fantasy.

Dolina

Dolina

Podczepił się do nas miły pan wojskowy, oprowadzając po okolicy, opowiadając historie o zasilaniu wodą, o tym jak rodzina królewska w razie niebezpieczeństwa  miała uciec tunelem którym szliśmy, i szlachetnie nie żądając napiwku, ale przyjmując go bardzo wdzięcznie. Pomiędzy jedną a drugą częścią fortu, znajdował się mały dziedziniec ze sklepikami na wózkach. Spytaliśmy o piwo, pan powiedział że nie ma, ale dostaniemy w restauracji kawałek dalej.
Uradowani ruszyliśmy z większą werwą. Gdy zbliżyliśmy się do przybytku nazywanego szumnie restauracją, a pan kelner chciał nas po królewsku usadzić, powiedzieliśmy że chcemy tylko piwo.
Długo trawił tą informację, w końcu zaprowadził nas do środka, na półpiętro, gdzie nie mogliśmy gorszyć innych widokiem spożywanego alkoholu.

Restoran

Restoran

Zimny złocisty napój, w ten upalny dzień (w okolicach 30 stopni) był ambrozją. Irytowała tylko jakaś dwukrotna przebitka w stosunku do Maksymalnej Ceny Detalicznej wybitej na puszce . Ruszyliśmy więc dalej zobaczyć resztę. Oprócz ładnego widoku, ciekawostką była największa w historii, armata na kołach na świecie. Na świecie ! Hindus potrafi .

Największa armata na kołach ever.

Największa armata na kołach ever.

Wydzwaniani co pewien czas przez zestresowanego Jogiego, w końcu umówiliśmy się na dole, pod wejściem do Amber fortu. Udało nam się zejść boczną drogą, omijając sprzedawców fotografii ! Teraz na spokojnie, powinniśmy zrobić zakupy, których nie udało się poczynić wczoraj w Johari bazar. Tylko że w sumie to już nam się nie chciało. Dziewczyny zmuszone kobiecymi genami, kupiły od niechcenia parę szmatek, i po nie długiej przechadzce postanowiliśmy rozpocząć podróż powrotną do Noidy. Zanim doszliśmy do samochodu, uwagę naszą przykuł conajmniej dziwnie przyżądzany napój. Pan brał trzcinę cukrową i co rusz wkładał ją do prasy która coraz bardziej mieliła i zgniatała pędy. Do tego wyciskany był jeszcze sok z limonki.

Soczek z ...

Soczek z …

Pomni wszelkich ostrzeżeń o higienie, i widząc jak pan gołymi rękoma przekłada, prawdopodobnie nigdy nie umyte surowce wiedzieliśmy że to może być śmiertelny napój. Więc gdy tylko zobaczyliśmy białego turystę który wypił kubeczek, zaczęliśmy obstawiać jak bardzo

Chcę takie w domu !

Chcę takie w domu !

koszmarne będą jego nadchodzące problemy gastryczne. Pan kupił i wypił drugi kubeczek, oblizał się ze smakiem i poszedł sobie dalej. Nie minęła minuta kiedy każdy z nas kupił, lub przynajmniej spróbował tego  napoju. Słodki, kwaśny, orzeźwiający i pyszny. Byłby rewelacyjny schłodzony, ale za kostki lodu z tutejszej wody podziękowaliśmy. Jesteśmy odważni, ale bez przesady.
Droga powrotna nadal przyprawiała o emocje i palpitacje serca, choć już odrobinę mniejsze. Wszystko szło zgodnie z planem, do momentu gdy jadąc już w nocy zostaliśmy wyprzedzeni przez własny kołpak. Lewe przednie koło sflaczało natychmiastowo  i musieliśmy dość gwałtownie zjechać na pobocze. Żywi. Ciemno, pusto. Oczyma wyobraźni widziałem już powoli wynurzających się z ciemności Hindusów, dla których możemy być pierwszym białym człowiekiem jakiego zobaczą, i pierwszym sytym posiłkiem od dawna. Nikt nawet nie zauważy. Optymizmem nie napawał fakt, że Jogi powiedział iż jeszcze nigdy mu się to nie zdarzyło. Co imputowało że nie będzie wiedział co robić z zaistniałą sytuacją. Na szczęście w okolicy nie było jednak głodnych koczowników, a Jogi  z wymianą koła uporał się prawie jak w F1. Co imputowało że pierwotnie kłamał. Pytanie czy koło ‘dojedź szybko do wulkanizacji’ wytrzyma dalsze 100 km do Noidy. Przezorny Jogi, ku szczeremu zaskoczeniu, zajechał jednak do przybytku który można by nawet tak określić. Ale nie wiem czy zrobił cokolwiek z samochodem. Ot wręczył panu tam pracującemu niewielki pakuneczek, a  pan wręczył Jogiemu pieniądze. Korzystając z jasnego oświetlenia naszych lamp, wulkanizator wysypał zawartość torebki na rękę i zaczął kruszyć.

Ciekawe co pan robi ...

Ciekawe co pan robi …

Już bez niespodzianek dotarliśmy wyczerpani do hotelu, a ja doszedłem do wniosku że Jogi nie musiał robić aż takiej mistyfikacji z oponą, żeby zajechać sprzedać towar.

Za tydzień ruszamy do Agry zobaczyć Tę Rzecz Którą Będąc w Indiach Zobaczyć Należy, Taj Mahal !

Reklamy